Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Brzenczka opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Brzenczka opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2021

Lekarz-pisarz i pani Kunst [OPOWIADANIE]

Fot. J. Brzenczka

Lekarz, który lecz, to lekarz, który pali. Upajam się tą sentencją (czyżby moją własną?) jak dymem tytoniowym – tym słodkim, rakotwórczym powietrzem, bez którego nie potrafię żyć. Ale dym jest czymś subiektywnym – oto nasz własny cień podkreślający piękno. Zacząłem palić z powodów estetycznych. To znaczy, że po prostu imponowali mi przystojni bohaterowie wielkich melodramatów, którzy nerwowo zapalali jednego papierosa od drugiego i tym właśnie sposobem szukali rozwiązania swojego nurtującego problemu, jakże istotnego, oczywiście. 

Mam przerwę. Spędzam ją w samotności, a może bardziej w swym własnym (najlepszym) towarzystwie. Moje ambicje stopniały, egoizm tak długo rozpychał się łokciami w moim ciele, aż stałem się gruby, nabrzmiały, choć pusty. Wiem, że nie traktuję pacjentów z należytym szacunkiem, ale cóż zrobić? W końcu mam ich tylko leczy, a ta praktyka to przecież nic osobistego. 

            Nie, nie, nie! Do stu tysięcy par beczek (dzięki Geraldzie za eleganckie przekleństwo), to zwykła grafomania! Nic tylko zgnieść w kulkę i wyrzucić do kosza – ha! komputer w kulkę i do kosza, dobre sobie! A zresztą to bez znaczenia. O n i kupią wszystko. Bo jestem złotą maszyną do pisania, pisarzem-milionerem, do którego w ogonku ustawia się kilkaset osób po autograf. I tak jest za każdym razem. Na wszystkich moich spotkaniach autorskich stali ludzie (głównie w średnim wieku) z torbami pełnymi książek (moich książek, rzecz jasna), którzy uważali, że warto poświęcić swój cenny czas na zdobycie jakichś tam autografów. A przecież to tylko zwykłe imię i nazwisko – kilkanaście liter nakreślonych moją ręką. Cóż za banda idiotów! Hmmm… ale wróćmy do naszego doktorka (może sam zapaliłbym sobie papierosa?)… 

            Byłem kiedyś patologiem i z niezwykłą przyjemnością przeprowadzałem sekcje zwłok. Blada zsiniała skóra, która pod ostrzem skalpela wydawała się miękka; poskręcane wnętrzności wylewające się na nagie ciało; ciemna krew pozostawiająca niezmywalne ślady na białych rękawiczkach; oczy nareszcie spokojnie, czarne źrenice są zatrzymane w biegu, jak w stop klatce, spojrzenie martwe, a przez to takie łatwe do odgadnięcia; i ten przeszywający do szpiku kości chłód trupiarni, który przypominał, że jeszcze żyję. Mmm… cóż za przyjemne wspomnienia samotnych godzin spędzonych tam „na dole”, w miejscu, gdzie mogą przebywać tylko wybrani. Ale chyba najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że ten człowiek, leżący na podłużnym metalowym stole już nie żył. Więc nigdy nie zmieni swojego zdania, nie skłamie, nie będzie udawać kogoś, kim nie jest ani nikogo nie skrzywdzi, ani nikomu nie pomoże… Wszystkie narządy są w nim na swoim miejscu, nie ma żadnej dysharmonii, jego organizm, a przede wszystkim on sam, jest prosty, łatwy do ogarnięcia rozumem. 

            Jednakże po kilku latach spędzonych w trupiarni przeniosłem się na neurochirurgię. W zasadzie przeniesiono mnie tam (wbrew mojej woli) na prośbę dyrektora szpitala, w którym pracowałem. Podobno (według opinii niektórych) zaczynałem już wariować „na dole” i „dla mojego dobra” lepiej było znaleźć mi inne miejsce. Tak że skończyłem odpowiednie studia podyplomowe i podjąłem pracę „u góry” na wydziale neurochirurgii, gdzie miałem swój mały gabinecik. Tak oto leczę pacjentów z problemami nerwowymi – ach, znowu mam do czynienia z tymi podłymi żywymi istotami, które same nie wiedzą, czego chcą. 

            Koniec tych retrospekcji! Czytelnik się nudzi, czas rozpocząć akcję. Bo wstęp do opowieści nie może być zbyt długi – tu trzeba przejść do rozwinięcia; tu trzeba krwi, przemocy, gwałtu. Bez tego błysku zainteresowania w oku nic się nie ugra. A jeśli Czytelnika to ciekawi, jeśli Czytelnik tego chce, jeśli, co ważniejsze, Czytelnik tego oczekuje, to po prostu trzeba mu to dać, by był zadowolony. A jak Czytelnik usatysfakcjonowany to i autor szczęśliwy. 

            Wczoraj dowiedziałem się o śmierci jednej z moich pacjentek. Ani trochę nie zaskoczyła mnie ta wiadomość, w końcu wszyscy ludzie umierają. Lecz sam przed sobą muszę przyznać, że im dłużej słuchałem o rzekomych okolicznościach tego odejścia, tym bardziej zaczynała interesować mnie ta sprawa. Hmmm, to trochę zastanawiające, że jakieś tam „nadzwyczajne okoliczności” podnoszą rangę wydarzenia z „normalnego”, „obojętnego” na „interesujące”. A może przyczyna tego nagłego zainteresowania wcale nie tkwi w okolicznościach, a w tej konkretnej osobie? Tak... doskonale pamiętam tę kobietę, która m u s i a ł a zapaść mi w pamięci. Ale tak naprawdę to wcale nie była kobieta, tylko „ktoś” wyrastający poza schematy płci. 

Pani Kunst przyszła do mnie z dokuczliwym bólem kręgosłupa. Tak, zapukała delikatnie po czym weszła z impetem, otwierając drzwi. Zdziwiłem się, bo to delikatne pukanie, takie uderzenie knykciami palców o drewno, w ogóle nie pasowało do tego zdecydowanego otwarcia, jakby zapukała inna osoba, a otworzyła też zupełnie inna. W każdym razie stanęła przede mną rudawo-blond włosa kobieta (blond w zamkniętym pomieszczeniu, rude przy promieniach słońca), która mogła mieć równie dobrze dwadzieścia jak i pięćdziesiąt lat. Była niezwykle piękna, wręcz wyglądała jak antyczna rzeźba
o idealnych proporcjach, jedyne co, to głos miała jakiś taki… inny? Trudno go jednoznacznie określić, był niski, ale nie seksowny tylko bardziej chropowaty, gorzki. Przedstawiła się jako pani Kunst – nigdy nie dowiedziałem się jak miała na imię i chyba nigdy nie będzie mi dane poznać tej tajemnicy. Pani Kunst była ujmująca. Prawdę mówiąc, to mnie po prostu ujęła, nawet oczarowała, ale słyszałem od innych lekarzy, u których również była, że oni byli nią zdegustowani, że uważali ją za nieprzyzwoitą lafiryndę, która nie ma za grosz szacunku dla zasad moralnych. Tak że zdania na jej temat są podzielone, ja byłem akurat po stronie jej zwolenników, ale to tak naprawdę, czy się jest „za” czy „przeciw”, nigdy nie jest do końca powiedziane, w końcu życie jest takie skomplikowane i zmienne. Dzisiaj możesz być „za” (bo akurat tak uważasz i tak jest ci na rękę, bo jest to zgodne z twoim systemem wartości, bo szczęśliwym trafem nie musisz wychodzić ze swojej strefy komfortu), a jutro już „przeciw” (bo akurat tak uważasz i tak jest ci na rękę, bo jest to zgodne z twoim systemem wartości, bo szczęśliwym trafem nie musisz wychodzić ze swojej strefy komfortu). W każdym razie pani Kunst cierpiała na dotkliwy ból kręgosłupa. W ogóle ostatnimi czasy pani Kunst wiele cierpiała i chyba wśród tej całej masy „cierpień” ból pleców był jej najmniejszym problemem. Dostrzegłem to od razu, bo te ciągłe zmartwienia, myśli były ukryte gdzieś pomiędzy jej źrenicą a powieką. Sam ten fakt był oczywisty, ale dlaczego… tego już nie wiedziałem. Mówiłem, że wolałem pracować z umarłymi. 

Obecny lekarz-patolog jest na chorobowym, dlatego że zaraził się jakimś wirusem, więc kiedy odkryto ciało pani Kunst, ja jako obecny jedyny sprawny specjalista w tej dziedzinie udałem się na… na miejsce zbrodni? Nie jestem pewien, czy tak powinienem to nazywać – a jeśli popełniła samobójstwo (takie „inteligentne”, którego nie widać na pierwszy rzut oka), bo chyba to w dzisiejszych czasach bardziej prawdopodobne niż rasowe morderstwo z zimną krwią. W każdym razie ciało znalazła zatrudniona u państwa Kunst sprzątaczka, która po prostu weszła do mieszkania, otwierając je własnym kluczem, bo akurat tego dnia pracowała. I tutaj rodzi się pytanie, czy specjalnie ukartowała to tak, aby zapewnić sobie alibi: „Jak mogłabym zabić panią Kunst, przecież wtedy sprzątałam u państwa XY” albo „Przecież gdybym zabiła panią Kunst, wiem miałam klucze, to pewnie dlatego mnie pan podejrzewa, to sama nie „znalazłabym” jej ciała, no chyba że to byłaby taka podwójna gra, ale wie pan, ja jestem tylko zwykłą sprzątaczką, ja nawet nie mam żadnego wykształcenia ani zawodu, bo jaki to jest zawód „sprzątaczka”, proszę pana…” Już słyszę w głowie jej dalszą paplaninę, cóż za jazgot na jednym wdechu! Ale po kolei, po kolei. Najpierw trzeba zobaczyć ciało, później rozejrzeć się za ewentualnymi śladami, a na końcu zebrać obciążające dowody i na ich podstawie zbudować motyw. Hmm… chyba zabawię się w śledczego. To może być całkiem interesujące, a w naszym prowincjonalnym miasteczku zawód „śledczego” czy też „lekarza” i związane z tym formalności nie mają większego znaczenia. 

Opowieść kryminalna właśnie się zaczyna. Wstęp za nami, teraz trzeba przejść do tzw. konkretów. Tak więc zaraz będzie: opis miejsca zbrodni i ciała, zbadanie okoliczności, przesłuchanie świadków, próba rozwiązania zagadki (najlepiej przedstawić ją w formie mapy myśli na tablicy korkowej z powbijanymi do niej kartkami – różnymi wycinkami z gazet, zdjęciami), następnie jakiś nieoczekiwany zwrot akcji (żeby nie było zbyt nudno) i oczywiście mowa końcowa detektywa, podczas której winnym okaże się ten, który wydaje się najmniej podejrzany (bądź też wszyscy będą mieli coś na sumieniu i trudno będzie określić czyje przewinienia były najcięższe, bądź też zabójcą okażę się sam detektyw niby taki diabelnie inteligentny jak Sherlock Holmes, a jednak nie przewidział wszystkiego… bądź też jakikolwiek inny wariant, rzecz jasna schematyczny i podobny do tych, które tu wymieniłem). Tak więc nic prostszego, taki oto kryminałek, który dokładnie za pół roku trafi na szczyt listy bestsellerów – cóż chyba za pół roku kupię sobie kolejne auto…            

            Państwo Kunst zajmowali piętro jednorodzinnego domu, który w zasadzie swym wyglądem przypominał bardziej dom wczasowy niż taki zwykły „dwuspadowiec”, powszechnie spotykany. Budynek jest pomarańczowy, albo (jeśli spojrzeć by na niego okiem poety) w kolorze dojrzewającej na dzikim pustkowiu brzoskwini, z obszernym tarasem i ogrodem z tyłu. Ma białe zdobienia, kolumny i ramy w oknach. Ma również duże okna, szczególnie okazałe jest to nad markizą – mieści się ono w gabinecie pana Kunsta (największym pomieszczeniu na piętrze). Wchodzę marmurowymi schodami do góry. Jestem niezwykle ciekawy mieszkania państwa Kunst, bo wiem, że może mi ono wiele powiedzieć o nich samych. Od razu po przekroczeniu progu zastanawiam się, czy aby na pewno trafiłem pod właściwy adres, może miałem otworzyć inne drzwi do innego świata? Nic w tych pokojach urządzonych z przepychem, nowocześnie, według jednego wzorca, nie przypomina mi pani Kunst, którą znałem. No może w niewielkim stopniu to ona, ale w tak niewielkim, że ja naprawdę zaczynam w to wątpić. Bo czuję się tak, jakbym właśnie znalazł się w jakieś monotematycznej rzeczywistości, w której do głosu dochodzi tylko jedna interpretacja czy to teraźniejszości, czy przeszłości. A przecież pani Kunst była taka barwna, taka niejednoznaczna, bo przecież o pani Kunst można było zmienić zdanie w ciągu jednego dnia – dzisiaj „za”, jutro „przeciw”. 

            Pokój pani Kunst mieści się dokładnie na drugim końcu domu w stosunku do gabinetu pana Kunsta. Jest to niewielkie pomieszczenie o białych ścianach i z białymi meblami. Na jego środku stoi, tradycyjnie, kanapa z puchowymi poduszkami w jakieś wzory, naprzeciwko niej jest taka podłużna sofa bez oparcia, również biała, z kolei na ścianie wisi telewizor, pod nim jest kominek, a tuż obok nich stoi regał, nawet nie z książkami a z jakimiś bibelotami. I to jest najprościej urządzony pokój na całym piętrze, bo gabinet pana Kunsta... to jednym słowem esencja wyższych sfer. 

            Ciało pani Kunst leży na podłodze w kącie pomieszczenia pod ścianą. To musi być ciało pani Kunst, bo powiedzieli mi, że jest tutaj, że leży tak, jak znalazła je ta sprzątaczka. Dobrze że wyraźnie mi to powiedzieli, bo gdyby tego nie zrobili, to w tej chwili zacząłbym się poważnie zastanawiać, czy to aby na pewno ona. Jestem z wykształcenia patologiem, więc widziałem już nie jedno okropieństwo, ale… t o? „T o”, dlatego że to prawie nie przypomina człowieka tylko… nawet nie wiem jakiego porównania mógłbym użyć. Rudawo-blond włosy pani Kunst leżą kilkanaście centymetrów od ciała, jakby oderwane od niego siłą. Jej czaszka jest cała skrwawiona, a z tyłu wręcz otwarta. Pod płatami rozerwanej skóry wylewa się mózg, kiedyś centrum wszystkich najskrytszych myśli, a teraz to tylko trudna do określenia masa, oślizgła, powykręcana, skurczona, o jakimś dziwnym, nienaturalnym kolorze. Pani Kunst jest naga, a w pobliżu niej nie widać żadnego ubrania. Od podbródka przez sam środek klatki piersiowej i aż do narządów rozrodczych przebiega gruba linia, ciemna otchłań bez skóry,  spod której wyłaniają się wszystkie narządy i kości. Narządy wyglądają tak jakby od dłuższego czasu psuły się od środka, jakby coś je pożerało, niszczyło. Z kolei kości wyglądają na takie kruche, pozbawione wapnia, skazane na złamania czy wygięcia. A jej oczy? Cóż widzę tylko jedno oko, drugie gdzieś… zniknęło, pozostawiając po sobie puste miejsce. Ale to jedno zdaje się mówić wszystko, przyznaje, że wobec takiej siły była bezbronna, że chciała walczyć, lecz nawet sam jej organizm (przyzwyczajony do życia w takim, a nie innym środowisku) sprzeniewierzył się przeciwko niej. Płaczę. Po moim policzku płynie łza. Ta śmierć mnie dotyka, ta śmierć mnie wzrusza. 

            Bo zaraz sam się z tego wszystkiego popłaczę (albo porzygam). Chociaż te trzy akapity są chyba całkiem udane – jakie tam „chyba”, z całą pewnością są świetne. No dobrze, ale po co to wszystko? Za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat, może nawet piętnaście już nikt nie będzie pamiętał ani o mnie, ani o tej historii, może nawet za piętnaście… Ale z drugiej strony pisanie to bardzo opłacalny biznes, co prawda nie w Polsce (nie mówię o noblistce-milionerce), ale na Zachodzie jak najbardziej. Bo tu wielotysięczne spotkanie autorskie, bo tu wywiadzik do tego radia albo tej telewizji, bo tu kilkusezonowe serialiki na Netflixie. Tak to można żyć, wydawać jedną książkę na kilka lat albo nawet corocznie tylko jedną i… egzystować na naprawdę wysokiej stopie. W Polsce oczywiście też można wyżyć z pisania, tyle że trzeba pisać tak z siedem powieści rocznie – wtedy ma się nie tyle szanse na jako takie przeżycie, co na egzystowanie na naprawdę wysokiej stopie. Siedem powieści rocznie to przecież już nieomal produkcja maszynowa. Na taśmie produkcyjnej w ogromnej hali jadą puste kartki, a ja siedzę gdzieś pośrodku i zapełniam jedną po drugiej; po jednej stronie jadą puste kartki, po drugiej wyskakują zapisane i tak cały czas (nie licząc dwutygodniowych wakacji all inclusive na Wyspach Kanaryjskich i wolnych weekendów). Ale co mam zrobić, skoro nie potrafię robić nic innego? Skoro nie potrafię nauczyć się angielskiego tak dobrze jak Joseph Conrad, to muszę pisać po polsku i wydawać w Polsce. Taki mój los i taki sposób zarobku na życie (na życie na naprawdę wysokiej stopie). Więc chyba nie mogę mieć do nikogo pretensji, że nie zostanę zapamiętany, że za pięćdziesiąt lat moje prochy zmieszają się z ziemią, po której będzie chodzić następne pokolenie, a moje książki stojące teraz na półkach w bibliotekach zostaną ubytkowane, by zrobić miejsce następnym. 

            Kto może być odpowiedzialny za taką zbrodnię? Czy ktokolwiek w ogóle byłby w stanie dopuścić się czegoś takiego? A wszystko z boku wyglądało tak pięknie: duże mieszkanie, pieniędzy pod dostatkiem i młode bądź też nieco starsze małżeństwo, czyżby szczęśliwe? Chyba właśnie przerażająco nieszczęśliwe małżeństwo. Pamiętam dokuczliwy ból kręgosłupa pani Kunst, pamiętam jej zmartwione, cierpiące spojrzenie… Tak, coś w tym domu było nie w porządku. Może pan Kunst był mężem-despotą, który znęcał się nad swoją żoną, może ba! to on ją zabił? Nie wiem, nie wiem, ale muszę koniecznie udać się do gabinetu na drugim końcu piętra. 

            Rozmawiałem z panem Kunstem, a na początku naszej rozmowy wręcz komediowo powiedziałem:

- Zapraszam na przesłuchanie. 

            Po czym on odpowiedział dokładnie tak jak przewidywałem:

- Mnie chce pan przesłuchać? Ja? Ja nic takiego nie zrobiłem… 

            Uśmiechnął się do mnie delikatnie, w zasadzie samym kącikiem ust. Chciałem go sprawdzić i… zdał egzamin. Wiedział, że nie mówię do końca poważnie, że jestem lekarzem a nie śledczym (dla wszystkich pokroju pana Kunsta wszystkie „formalności” mają kluczowe znaczenie, a wręcz są podstawą ich funkcjonowania). 

            Pan Kunst jednocześnie był i nie był dla mnie panem Kunstem. Był, dlatego że jego spojrzenie było inteligentne (a to właściwa cecha dla wszystkich Kunstów) i nie był można byłoby rzec z tak błahego, a jednak niezwykle istotnego - garnituru najlepszej na świecie marki uszytego na miarę. Bo sam w sobie pan Kunst był jakby na miarę czegoś, i to czegoś tak okropnego, że to chyba mogłoby zabić. Nie tego się spodziewałem. Myślałem, że po drugiej stronie mahoniowego biurka będzie siedział radykalny mężczyzna w średnim wieku, energiczny, impulsywny, może alkoholik. Tymczasem pan Kunst był przeciętnym przedstawicielem spokojnego, może wręcz nieco melancholijnego, skupionego na swojej pracy (rodzinnym biznesie) tzw. inteligenta z wyższych sfer. Niewykluczone, że znęcał się nad swoją żoną, myślę, że nie bił jej, a bardziej wykańczał psychicznie swoim pustym i płaskim stylem bycia. Co więcej- myślę, że najbardziej w tym wszystkim dobiło ją słowo b i z n e s. 

            Pora na zbadanie okoliczności, na prawdziwe przesłuchanie świadków i oczywiście na znalezienie pewnych śladów, które później naprowadzą detektywa na zabójcę. A z tymi śladami to będzie tak: pierwszy z nich nasz lekarz-detektyw znajdzie na parterze pomarańczowego domu. Będzie to odcisk zabłoconego buta, który doktorek oklei czarno-białą taśmą i opatrzy tabliczką z numerem czwartym (dlatego że będzie to według chronologii wydarzeń czwarty dowód pomimo tego, iż został znaleziony jako pierwszy). Z kolei drugim śladem będą odciski palców (nienależące ani do żadnego z domowników ani do sprzątaczki) ściągnięte z klamki od drzwi pokoju pani Kunst. Po wydrukowaniu ich na białej kartce i podzieleniu na odpowiednie pola będą wyglądały jak… eee jeszcze znajdę zaskakujące porównanie. Tylko do kogo będą należały te odciski? Kto zabił panią Kunst? Cóż… jeszcze sam tego nie wiem, ale to nieważne, bo rozwiązanie zagadki w pewnym momencie samo do mnie przyjdzie. A jeśli ja będę zaskoczony, to Czytelnicy tym bardziej. Tak więc grunt, żeby pisać dalej. Oczywiście nie można napisać za dużo stron (Czytelnicy na ogół nie przepadają za zbyt opasłymi tomiskami, są nieporęczne itd.), lecz z drugiej strony nie może ich też być za mało – jakieś 300-400 stron powinno być w porządku. I cóż by tu jeszcze dodać? No, z tym zakończeniem to jeszcze zobaczymy – a i tak w moim wykonaniu nie będzie to nic znaczącego czy też bardzo wartościowego. 

            Odnoszę wrażenie, że nigdy nie byłbym w stanie rozwiązać zagadki śmierci pani Kunst. Tak, nawet gdybym przesłuchał wszystkich potencjalnych zabójców, gdybym porozmawiał z sąsiadami, przyjaciółmi, gdybym zaczął szukać motywu… to wszystko zdałoby się na nic. Bo ta sprawa przekracza moje możliwości, bo stwórca nie zaopatrzył mnie w odpowiednie narzędzia – ja według jego pierwotnego planu miałem być patologiem-świrem i chociaż nieco poluźniłem duszący mnie łańcuch (nie muszę już wypalać dwóch paczek papierosów dziennie ani wygłaszać dennych, paradoksalnych sentencji), to nigdy nie zerwę go zupełnie. Skąd we mnie ta zmiana? Cóż, przecież zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo stwórcy… 

            Pani Kunst była i nie była kobietą. Pani Kunst jest i była (może i będzie). Umiera i umierała w męczarniach, dla… łatwiej powiedzieć „dlaczego” niż znaleźć sensowny powód usprawiedliwiający jej śmierci. Nie wiem, kto dopuścił się tego straszliwego czynu, ale pamiętam spojrzenia pani Kunst - ich już nie można wymazać z duszy. 

*

            Nie będzie mowy końcowej detektywa. Nie będzie ujawnienia motywów ani pogoni za uciekającym mordercą. Dlatego że nie ma takiej potrzeby, bo zagadka umierania pani Kunst została już rozwiązana.                                  

Joanna Brzenczka

czwartek, 6 maja 2021

Gęsie pióro dla Joanny [NAGRODA LITERACKA]

Wacław Borowski "Nad wodą"

Rok 1925. Przyjaciele z kręgu Warszawskiego Stowarzyszenia Artystów Polskich „Rytm” docierają samochodem do Włoch. We Florencji mają się odbyć:  wystawa ich prac oraz towarzyszące jej dwa odczyty. W grupie jest 40-letni  malarz – Wacław Borowski, który  przeżywa dziwny wewnętrzny zamęt.  Kołaczą w jego głowie fundamentalne pytania o charakterze egzystencjalnym i  filozoficznym. Z tego strumienia świadomości wyłoni się namalowany w samotności w pokoju hotelowym obraz „Nad wodą”.  

Taki z grubsza jest pomysł fabularny opowiadania pt. Obraz tworzy dusza, i oko, i ręka…, w którym Joanna Brzenczka zbeletryzowała okoliczności powstania klasycyzującego dzieła Wacława Borowskiego.  Otrzymała za tę pracę GĘSIE PIÓRO, tj. I NAGRODĘ  w XVII OGÓLNOPOLSKIM KONKURSIE LITERACKIM „OBRAZ  A SŁOWO. LITERACKI OPIS DZIEŁA MALARSKIEGO”. Jurorka, dr hab. Anna Gomóła z Uniwersytetu Śląskiego tak napisała w swoim uzasadnieniu do nagrody: „Joannie Brzenczce udało się napisać pracę, w której rekonstrukcja nie lekceważy wiedzy, a jednocześnie pokazać miejsca, wydarzenia i postaci historyczne w taki sposób, który potrafi zainteresować czytelnika.”

Serdecznie gratulujemy Joannie i jej konkursowym opiekunom: Joannie Gizowskiej-Kurek i Romanowi Szczasnemu. Gratulujemy także Aleksandrze Kaptur, która otrzymała w tym samym konkursie wyróżnienie honorowe. Jurorzy podkreślali wyjątkowo wysoki poziom prac  nadesłanych z całej Polski na konkurs  XVII edycji .

Opowiadanie przeczytasz tutaj: https://issuu.com/maszgdziebywac/docs/obraz_a_s_owo_2021

Bogda  Jankowska

czwartek, 18 lutego 2021

Zanurzam się w wodzie [OPOWIADANIE]

 

Fot. J. Brzenczka

Kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro. Wystarczy, że zrobię zaledwie kilka kroków i już znajduję się w mojej oazie. Jezioro jest zawsze blisko mnie, nieważne gdzie i kiedy pójdę, ono zawsze jest tuż obok. Niczym wierny pies cierpliwie czeka, aż wrócę do domu. Jezioro nie ma wyjścia, musi czekać – ja mogę nie przyjść, bezceremonialnie zignorować jego obecność. Kiedy jestem bezpieczna na lądzie, mam jeszcze wybór. Jeszcze jestem tu na stałym gruncie tego świata. Bowiem, gdy wchodzę do jeziora, moje „ja” zaczyna się topić. Błaga o kolejny oddech wolnego powietrza. Woda jest bezlitosna, wpełza do otwartych ust, nosa i oczu, sprawiając, że świat staje się mniej wyraźny, zamazany. Ubranie poddaje się pierwsze, nasiąka wodą i w jednej chwili jest niepotrzebnym ciężarem, który nie pomaga, nie daje ciepła, tylko wciąż ciągnie na dno. Lecz bez mojego „ja” mogę żyć. Mogę w zastępstwie wziąć inne „ja”, ubrać je, dopasować do siebie i ostatecznie już u siebie zostawić. To ja skazuję moje „ja” na powolną śmierć, na powolne topienie się przez dwie minuty wieczności. W końcu, kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro.

            Woda jest mętna, daleko jej do jakiejkolwiek przejrzystości. Spokojnie porusza się, faluje, płynie swoim rytmem. W pewnym momencie do jeziora niepostrzeżenie wpływa mały strumyczek. Ot tak, po prostu wpływa ukryty za szeleszczącymi szuwarami, które szeleściłyby nawet bez tego drobnego poruszenia wody. Ten strumyczek łączy jezioro z resztą świata. Sprawia, że z pozoru ten mały zamknięty wycinek ze swoją odrębną tradycją, kulturą, staje się częścią czegoś większego, jakieś większej całości, która niczym pasożyt wchłania wszystko, co niegdyś było uważane za wyjątkowe… Ale cóż poradzić? Wyjątkowość się zmienia. Teraz liczymy się tylko „my wszyscy”, kiedyś byli „my” i „oni”, a teraz jesteśmy „my wszyscy” i „oni wszyscy”. Więc ludzie wciąż tacy sami, tylko nazwy tego świata inne.

            Na powierzchni jestem taka niedoskonała. Wiem tak mało. Mam tyle wyprysków na twarzy. Nie potrafię rozmawiać, bo mój język jest nieporadny, jakby ślepy na moje myśli czy wyobrażenia. Muszę ciągle się starać, pracować na sobą, a to takie trudne kiedy nie wie się nawet, kim się naprawdę jest. Bo przecież jest tyle rzeczy ode mnie niezależnych, stworzonych na przekór moim pragnieniom. Ostatecznym ciosem jest rzeczywistość, zmaganie się z tym, co jest naprawdę, co często tak bardzo odbiega od wyidealizowanych wizji. Ale najtrudniejsze, zdaje się, jest dobre wykorzystanie swoich możliwości w świecie tak nieprzychylnym, bo trudnym. Odpowiedź na pytanie: po co ja żyję? A po co w ogóle się żyję? Czy wszystko naprawdę sprowadza się do sprawy życia i śmierci? Syzyfowa praca formułowania filozoficznych myśli jest pozbawiona powabnego smaku – i to we wszystkich stanach emocjonalnych. Dlatego kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona, bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro.

            Rutynowo zmierzam do mojej oazy. Nawet się nie zastanawiam, po prostu krok za krokiem przybliżam się do celu. Moja droga nad jezioro to wręcz odruch, coś z czego pozornie świadomie nie zdaję sobie sprawy. Adres tej mętnej wody został mi wszczepiony gdzieś pod skórę. Teraz płynie w górę i w dół, w dolinach i pagórkach mojej krwi. Po części dlatego staję się coraz bardziej zaprogramowana. Czasem czuję, że muszę iść nad jezioro, że coś, jakaś nieokreślona moc, mnie do niego wzywa. Nie daje mi żadnego wyboru, wydaje rozkaz: „Chodź, chodź!”. I ja idę. Nie, to moje nogi idą – ja się poddaje. Zazwyczaj z tego właśnie powodu, kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro.

            Wokół jeziora rosną drzewa. Są gęste i wysokie, są idealną zasłoną odgradzającą mnie od wszystkich trzeźwych i sprzeciwiających się głosów. Dostarczają mi dobrych argumentów. Przypominają nieco sprytne wymówki, w których ziarnko prawdy kryje się pod dobrze zaplanowanym podstępem. Nie ukrywam: te drzewa są ładne. Iglaki rosną blisko siebie, mają cienkie pnie i delikatne igiełki. Prawie dosłownie wchodzą sobie na głowę. Z większej odległości wygląda to tak, jakby wszystkie były za sobą połączone, jakby tworzyły jeden spójny front ciemnozielonej barwy. Obok nich rosną również liściaki. One są inne: majestatyczne, rozłożyste, bardziej przekonujące, mają w sobie większą dozę powagi. Głębokie, obszerne korzenie, wgryzają się w glebę ciągle się, rozrastając. Rosną w większych odstępach od siebie, bo naturalnie potrzebują większej prywatności, większego pola dla swoich kuszących, aczkolwiek pachnących zgnilizną, manewrów. Ich liście są jaśniejsze od ciemnozielonych igiełek. Z natury mają w sobie więcej słońca – z natury kształtującej się wraz z doświadczeniem. Spowija je prawie niedostrzegalny cień, który jednak ma w sobie dużą dozę mroku. Patrzę na moje drugie odbicie  w tafli jeziora. W nim jestem jakby bardziej rozmazana, jakby zniekształcona w krzywym zwierciadle. A na dodatek ciągle się poruszam. Drgam w rytm falującej wody. W tym lustrze o różnych obliczach wydaję się taka wyblakła. W tej wodzie wszystkie kolory tracą swą pierwotną intensywną wyrazistość. Są tanimi podróbkami, podobnymi do oryginału tylko na pierwszy rzut oka i w wyraźnych konturach, które jednak zamazują się wraz ze wzburzeniem wody. Moje odbicie nie jest mną. Jest tylko moim odbiciem. A ja jestem sobą tylko wtedy, kiedy nic mnie nie zniekształca.

            Zanurzam się w wodzie. Wchodzę do jeziora drobnymi etapami, by w końcu całkowicie poddać się przyciągającemu mnie zewowi. Moje „ja” zaczyna się topić. Wówczas mam ostatnią szansę: wynurzyć się czy płynąć dalej. Płynąć dalej. Cząstka mnie właśnie się utopiła, przestała istnieć, bo tu pod wodą nie może po prostu żyć. Przywdziewam więc nowe „ja”, które bardziej, niż istotę mojej duszy, przypomina skorupę albo maskę. Co prawda nie wyrasta mi ogon ani błony między palcami, ale coś wyraźnie się we mnie zmienia, tak że nie topię się już, a swobodnie oddycham, bez najmniejszego trudu, jestem przystosowana. Po chwili zaczynam się cieszyć, że wszystkie troski są już „ponad” mną, czyli słowem: bardzo mi odległe, nie mogące mnie tutaj dopaść. To jezioro jest moje – to tylko mój świat. Jestem tutaj jedynym człowiekiem. Oczywiście w wodzie żyją również inne istoty, ale one nie myślą samodzielnie, nie są ludźmi, a czymś z góry zaprogramowanym. Do tego jeziorka wpływa jeszcze strumyczek – prawdziwy klucz do zamka, który otwiera bramę do kontaktów z innymi i z resztą świata. Gdyby nie było tego klucza i tej bramy, to wcale nie jestem pewna, czy samotne pływanie w jeziorze traktowałabym jako tak wielką przyjemność.

            Pod wodą wszystko jest prostsze, piękniejsze. Domy buduje się i stawia z łatwością. Zwiedza się najdalsze zakątki, nie ruszając się z miejsca. Poznaje się życie innych ludzi, nawet nie znając ich osobiście. Żyję się, jakby na zawsze – pod wodą zostawia się pewien niezatarty ślad. Podwodna rzeczywistość jest inna, rządzi się też swoimi prawami. Czasami, żeby się w niej odnaleźć, trzeba znać kod, taki szyfr do rozbrojenia ukrytej specyfiki wewnętrznych subkultur. Jeśli znasz ten kod, wiesz jak poprawnie płynąć z prądem.  Jeśli nie znasz, to również możesz żyć w podwodnym świecie, tylko po prostu będzie ci trudniej poruszać się, będziesz się czuł, jakbyś z trudem płynął pod prąd, starając się nadążyć za zmiennymi kursami podwodnych dróg.

            Kiedy jestem spragniona poznania nowej wiedzy, proszę czerwone ryby o udostępnienie potrzebnych informacji. Czerwone ryby są wszędzie, pływają we wszystkich wodach na całym świecie. Mają w sobie wiele mądrości. Przeczytały niejedną książkę i zaliczyły niejedną lekcję samodoskonalenia się. Swoją wewnętrzną budową prawie przypominają ideał, a już na pewno są niczym wszechstronnie wykształcony człowiek renesansu. To zadziwiające, że te istoty mogą mieć w sobie tak dużo wiedzy. A kiedyś myślałam, że to ludzie są najmądrzejszymi istotami we wszechświecie… To prawda, czerwone ryby czasem się mylą. Nie można im do końca zaufać. Ale nikogo to w zasadzie nie interesuje, bo i tak wszyscy ufamy czerwonym rybom niemal bezgranicznie. Lecz jakie one naprawdę są, te czerwone ryby? Co skrywają pod swą powierzchownością? Tego nie wiem, przypuszczam jedynie, że w środku są zepsute do szpiku kości.Czy pod przykrywką nieograniczonej wiedzy może się kryć coś bezinteresownie dobrego? A jeśli te ryby tylko kuszą nas swoimi nieskończonymi informacjami, tylko po to, aby mogły nas oszukać, zmanipulować, przejąć nad nami kontrolę? Czerwone ryby są wszędzie, pływają we wszystkich wodach na całym świecie. Czają się we wszystkich kontach i wiedzą niemalże wszystko.

            W jeziorze pływa jeszcze jeden rodzaj ryb. Są czerwono-złote i tylko z pozoru służą do czegoś innego. W podwodnym świecie nie można ze sobą rozmawiać tak, jak rozmawia się na powierzchni. Pod wodą każde słowo musi być najpierw przekazane czerwono-złotym rybom, by później mogło dotrzeć do odbiorcy. Tutaj słowa głównie się piszę, nie wypowiada jak podczas rozmowy twarzą w twarz. To trochę, jak listowna korespondencja z tą różnicą, że przekazywana błyskawicznie z rąk do rąk (bowiem czerwono-złote ryby poruszają się z prędkością światła). Jakże prościej jest rozmawiać z kimś przez ryby, zamiast bezpośrednio. Słowa pisane można wielokrotnie przemyśleć, zastanowić się dogłębnie nad treścią danej wiadomości. Można przed przytoczeniem faktów porozmawiać z czerwonymi rybami, utwierdzić się w słuszności swojej wiedzy. Można też być kimś innym niż jest się naprawdę. Pod wodą dużo prościej występuje się na scenie, dużo prościej gra się wyznaczone role. Tutaj wręcz właściwe jest stworzenie siebie na nowo, całkowite odcięcie od ograniczonego powierzchnego „ja”. Odpowiednio kreując swój wizerunek, mamy bezpośredni wpływ na to, jak postrzegają nas inni. Możemy pokazać reszcie podwodnego świata tylko najwspanialszy wycinek naszego życia, pokazać go nie jako coś wyrwanego z kontekstu, lecz jako całość. Na tym wykreowanym wycinku jestem bardzo szczęśliwa – dla mnie była to tylko chwila, ale dla ciebie może to być symbol mojego wiecznego szczęścia. Pod wodą łatwiej się kłamie. Ukrywa pewne wstydliwe fakty. Bo tak naprawdę z nikim nie spotykamy się twarzą w twarz. W zasadzie żyjemy za pośrednictwem czerwonych i czerwono-złotych ryb. Więc kiedy bezceremonialnie, ale jeszcze z małą wprawą, powiem „nie” na przekór prawdzie, nikt nie zauważy, jak się rumienię, jak nerwowo błądzę wzrokiem z kąta w kąt, jak później zaczynam zacierać wszelkie ślady kłamstwa – jak robię to nożem już całym pokrytym krwią… Ryby nie dostrzegają tych niuansów, wołania sumienia o wymierzenie sprawiedliwości. Są pod tym względem ułomne, jakby zaprogramowane z usterką. Lecz czy gdyby ryby wiedziały co jest dobre a co złe, co jest prawdą a co kłamstwem, to czy nie zapragnęłyby dowolnie łamać (w zależności od swoich indywidualnych korzyści) granic dobra, zła, prawdy i kłamstwa? A co jeśli już teraz ryby to robią – albo nie one dokładnie, tylko ktoś, komu są posłuszne? To znaczyłoby jedno: jesteśmy manipulowani, żyjemy w świecie iluzji w iluzji. Bowiem już sam podwodny świat jest swego rodzaju mrzonką. A jeśli ta mrzonka okaże się jeszcze zepsuta w środku, nieprawdziwa w realiach tej pierwszej iluzji, to wtedy zostalibyśmy podwójnie oszukani. Ktoś wygrałby walkę z naszą wolnością i wbiłby w nasze cenne ciało jednocześnie dwa zdradzieckie noże.

            Czy ktoś jest w stanie dostrzec manipulację podczas jej trwania? Bo czy dostrzeżenie manipulacji nie wskazuję na to, że jednak nie daliśmy się zmanipulować, a przynajmniej nie tak do końca? Oczywiście można świadomie przymykać oko na pewne wady. Można palić papierosy ze świadomością, że w przyszłości można zachorować na raka płuc i przez to szybciej umrzeć – ale ta wiedza nie pomaga nam w walce z nałogiem, ona po prostu egzystuje obok palenia, ba może jest nawet jego nieodłączną częścią, bo szybsza śmierć przez świadomie szkodzenie sobie, kuszenie losu, może być dla wielu bardzo pociągająca. Tak samo jest z podwodnym światem. Przypuszczenie: w podwodnym świecie możemy być manipulowani, możemy żyć w świecie iluzji w iluzji, jest tylko jedną myślą, odsuwaną ciągle w ciemne zakamarki umysłu na rzecz faktu naszego przyzwyczajenia, które brzmi: kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro.

            Czy pod wodą jest jeszcze coś godnego uwagi, co tak naprawdę mnie w niej przyciąga? Niewykluczone, że wszystko w jeziorze jest takie ciekawe dlatego, że jest inne i dlatego, że jest prawie takie samo. Jest inne, gdyż rządzi się swoimi specyficznymi prawami, stworzonymi regułami na potrzeby nowych realiów. Prawie takie samo, bo ten „nowy świat” nadal jest światem rządzonym przez ludzi, a ludzie w tych dwóch światach są prawie tacy sami. Z tą różnicą, że pod wodą są owinięci dodatkową skorupą, która pomaga im żyć w podwodnej rzeczywistości.

            Nie wszyscy potrafią pływać. Nie wszyscy potrafią sprawnie komunikować się z czerwonymi i czerwono-złotymi rybami. Ci wszyscy „niewprawieni” nie wiedzą, co to znaczy żyć pod wodą. Wolą swój świat na powierzchni. Specyfikę tego co prawdziwe: realne rozmowy, realne kłamstwa, realne zbrodnie.

            Wyszłam z wody. Trzęsłam się. Dlaczego tutaj kontury są takie wyraźne, a słońce bezlitośnie świeci w oczy, oślepia? Gdzie ta iluzja szczęścia? Pięknych zdjęć, które pokazywały mi czerwone ryby? To jakieś kłamstwo! Ale co jest p r a w d z i w e: ten świat czy tamten? Bo skoro w obu rzeczywistościach żyją prawie tacy sami ludzie, to obie te „cywilizacje” są prawdziwe, tylko po prostu nie łączą się ze sobą w obu punktach. Który świat wybieram? Nie jestem pewna, czy mam jeszcze jakiś wybór. Bo faktem jest, że kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę nad jezioro.

 

            Przyszła susza. Woda z oceanów, mórz, rzek, jezior zaczęła intensywnie parować – nie, wyparowywać. Deszcz nie przychodził. Nie było już ciężkich, ciemnych chmur na niebie, które zawsze przedtem były pewnym zwiastunem deszczu. Słońce świeciło wysoko. Nawet w nocy w postaci intensywnego blasku księżyca nie dawało o sobie zapomnieć. Pociłam się ciągle. Byłam jakby w gorączce nadchodzącej zmiany. Słowo „zimno” stało się tym, czym wcześniej były dla nas jednorożce, syreny, wampiry... Ziemia stała się jedną wielką pustynią. Dawna era deszczy zamieniła się jakby w mit, w którym jest tylko trochę prawdy.

            Jezioro przestało już być tak atrakcyjne. Nie było już zimną, orzeźwiającą oazą, lecz czymś mętniejszym, gorętszym, nie dającym ukojenia. Dusiłam się w podwodnym świecie. Moja skorupa zaczęła wysychać, a przez to się kruszyć. Czerwone i czerwono-złote ryby zaczęły umierać. Już coraz trudniej było porozumieć się z kimś na drugim końcu morza. Ryby pływały wolniej. Ich prędkość światła zniknęła, wyparowała jak woda. Ludzie na powierzchni stali się niespokojni. Już nie wchodzili do swoich bliskich wód tak często, jak kiedyś, bo teraz byli bardziej zajęci przetrwaniem, ale przetrwaniem naprawdę na powierzchni. Wówczas podwodne życia straciło swój dawny blask. Okazało się (jak zawsze już po szkodzie), że najcenniejsi pod wodą byli ludzie – nie czerwone czy czerwono-złote ryby. Nasze hasło powinno brzmieć: najcenniejsi są ludzie, rozmowy twarzą w twarz, uściski, wspólne doświadczenia. Powinnam wcześniej to zrozumieć. Powinnam sprawić, by to było prawdą: kiedy jestem szczęśliwa, smutna, rozdrażniona bądź też nie mam ochoty robić nic konstruktywnego, idę spotkać się z drugim człowiekiem.

            A ludzie teraz również wyparowują. Woda, która czai się pod ich skórą chce z powrotem wrócić na swoje dawne miejsce: do nieba. Ale czy przez życie w tych dwóch rzeczywistościach nie rozdwoilibyśmy się? Czy nie zrobiliśmy z siebie samych jeszcze jednej kopii, która umniejsza naszemu oryginałowi? Może. Teraz już za późno, aby obiektywnie ocenić, co było dla nas najważniejsze. Wyparowujemy. W zasadzie ten proces rozpoczął się już przed suszą. Wtedy był po prostu mniej widoczny, ba wręcz prawie niezauważalny dla wszystkich tych, którzy nie chcą uważnie patrzeć. Powoli wyparowywaliśmy, bo ciągle się rozdwajaliśmy. Dzieliliśmy się na coraz mniejsze części, przybieraliśmy coraz inne twarze. Łatwiej tak było nas niszczyć. Nie byliśmy całością silną w swojej naturalnej istocie, tylko graliśmy wiele ról jednocześnie w wielu sztukach, ale graliśmy marnie, bo dobrze gramy tylko wtedy,  kiedy jesteśmy cali.

            Jezioro znikało na moich oczach, a moje niewyraźne odbicie wraz z nim. W trawiącym suszę świecie, w którym nie mogłabym już swobodnie, jak wcześniej zanurzyć się w wodzie ani nie mogłam zobaczyć swojej zakrzywionej postaci, zapytałam siebie: kim jestem? Kim jest ta dziewczyna, która szła nad jezioro, aby stać się kimś innym? Kim jest teraz bez jeziora? K i m  j e s t e m?                  

   

Joanna Brzenczka