poniedziałek, 7 marca 2022

Postawy wobec zagrożenia [ESEJ]

 

Fot. R. Szczasny

Dżuma odebrała wszystkim siłę miłości, a nawet przyjaźni, trzeba to powiedzieć. Miłość bowiem żąda odrobiny przyszłości, a myśmy mieli tylko chwile[1]. To smutne, a zarazem prawdziwe słowa doktora Rieuxa. Życie bez przyszłości wydaje się egzystencją pełną strachu, pozbawioną bezpiecznego oparcia w postaci dnia jutrzejszego. Przy czym warto zaznaczyć, że samo w sobie słowo „przyszłość” jest pełne nadziei; ma optymistyczne zabarwienie, że jeszcze „coś” będzie. Nam, do niedawna, przyszłość wydawała się rzeczą pewną. Jednakże pandemia i wojna w Ukrainie, mocno zachwiały naszym poczuciem bezpieczeństwa i pewnością jutra. Mnie osobiście na samym początku oba te wydarzenia wydały się czystą abstrakcją. „Jak to pandemia? Jak to wojna? Rozgrywająca się na moich oczach, tu i teraz…” myślałam w pierwszej chwili, uznając za niemożliwe to, o czym później zazwyczaj czyta się w podręcznikach z historii. 

            W sytuacjach zagrożenia abstrakcyjnych sytuacjach (takich jak pandemia czy wojna) uwidacznia się nasz system wartości. Dopiero wtedy, postawieni pod murem, jednoznacznie wybieramy jedną z dróg; jednoznacznie stwierdzamy „tak, to jest dla mnie najważniejsze, o to chcę walczyć/to chcę chronić”. W warunkach względnego bezpieczeństwa nie jesteśmy w stanie przewidzieć naszego zachowania w sytuacji, która w danej chwili wydaje się abstrakcyjnej. Możemy jedynie zakładać, jak moglibyśmy postąpić – nic poza tym. Gdyż tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono[2]

Często w ostatnich dniach zastanawiałam się, jak postąpiłabym w wypadku wkroczenia do Polski wrogich wojsk. Czy uciekałabym za granicę, czy jednak zostałabym w kraju pomimo realnego zagrożenia? To niezwykle trudny do rozstrzygnięcia dylemat. Podjętej decyzji nie należy w jakikolwiek sposób osądzać. W takiej sytuacji nie można mówić o bardziej lub mniej patriotycznej postawie, albo o odwadze bądź tchórzostwie. To nie jest takie proste, gdyż nie ma jednej łatwej drogi, jest tylko wiele równoważnych możliwości. Przy czym wyróżniłabym jedną postawę bezwzględnej walki o przetrwanie, którą osobiście uważam za negatywną. Mianowicie mam na myśli próbę przeżycia cudzym kosztem[3] (domyślam się, że i od tej „reguły” znalazłby się jakieś „uzasadnione” wyjątki). Ratowanie swojego życia za cenę istnienia innej, może niewinnej, osoby jest rzeczą, która w wielkim stopniu do śmierci obciąża ludzkie sumienie. Nie chcę krytykować, a tym bardziej osądzać osób, które przeżyły właśnie w ten sposób[4]. Chcę tylko zaznaczyć, iż w ogólnym rozumieniu nie jest to postawa godna podziwu. 

Kiedy czujemy, że coś nam zagraża w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie, że jesteśmy bezradni wobec tego zjawiska. Jednak już po kilku minutach (albo nawet i szybciej), gdy lawinę czarnych scenariuszy mamy już za sobą, budzi się drzemiąca gdzieś wewnątrz nas siła. Nazwałabym ją pierwotnym instynktem – wolą przetrwania. W tym momencie przyjmujemy różne postawy. Społeczeństwo dzieli się na kilka podgrup o podobnym systemie wartości i liście priorytetów. Jakie mogą być te postawy? Jest ich naprawdę bardzo wiele. Postaram się przyjrzeć bliżej kilku z nich. Zaznaczam jednak, że to, co opiszę, będzie zaledwie drobną cząstką tego zbioru nieskończonych możliwości. 

Zostaję i walczę[5] 

            Życiem moim: Polska cierpiąca i walcząca. Wiarą moją: Polska zwycięska i tryumfująca[6]. To jeden z punktów katechizmu Szarych Szeregów, w który wierzyli i za który umierali bohaterowie Kamieni na szaniec. W dzisiejszych czasach ci warszawscy harcerze wydają się nam jeszcze bliżsi niż wcześniej. Wojna zastała ich, kiedy mieli te 18-naście lat, kiedy planowali swoją przyszłość i chcieli pójść na studia. Dzisiaj też[7] 18-latkowie na Wschodzie uczą się, jak posługiwać się bronią. Jak zabijać bądź bronić się, strzelając z prawdziwego pistoletu. To już nie jest gra komputerowa, którą zawsze można zacząć od nowa  - to życie. 

            Zostanie w mieście okupowanym przez wrogie wojska wiązało się z życiem w nieustannym strachu. Niektórzy zostali, bo nie mogli wyjechać. Inni z kolei zostali, bo nie chcieli opuszczać znanych sobie domów, ulic, ludzi. Jeszcze inni zostali, bo chcieli walczyć, bo wręcz uważali, że taka postawa jest ich obowiązkiem. 

            Właśnie walka. Walka… Nie lubię tego słowa, już samo w sobie zawiera coś złowrogiego. Walka, choć w pierwszej chwili kojarzy się z przemocą, wcale nie musi się do niej sprowadzać. Można walczyć piórem albo na przykład w Małym Sabotażu[8], który organizował akcje dywersyjne pozbawione rozlewu ludzkiej krwi. Podtrzymywanie niepodległościowego ducha społeczeństwa tuż pod okiem czujnego wroga wymaga takiej samej odwagi, co udział w wielkiej bitwie. Dlatego, że i w jednym i w drugim przypadku ryzykuje się tym samym: swoim życiem. 

            Dywersyjne akcje Polskiego Państwa Podziemnego zapisały się już trwale na kartach historii. Każdy z nas zna z podręczników popularne hasła i symbole rysowane pospiesznie na murach. Choćby znak Polski Walczącej narysowany na pomniku Lotnika (tuż obok alei Szucha) przez Rudego. Cokół z kotwicą przetrwał tam dłużej niż Jan Bytnar, dłużej nawet niż sama wojna… 

            Po pewnym czasie wielu członków Wawru[9] dołączyło do Armii Krajowej. W niej stali się żołnierzami, którzy (gdy była taka możliwość) walczyli z bronią w ręku. Alek miał wątpliwości. Nie chciał zabijać ludzi, nawet jeśli oni bez wahania zabiliby jego. Czas wojny jest bezwzględny – trzeba zabijać agresora, by samemu móc żyć. 

            Trudno mi sobie wyobrazić, jak ciężko jest pociągnąć za spust. Patrzeć, jak kula trafia wroga w pierś - może tuż obok schowanego pod mundurem zdjęcia ukochanej kobiety. Obserwować, jak powiększa się plama ciemnej krwi. Słyszeć ostatnie urywane oddechy, a później… już nic. 

            Zdecydowana większość ludzi nie chce zabijać. Jednakże decydują się na to niejako wbrew sobie, po to, aby chronić siebie, bliskich, w końcu zaatakowaną Ojczyznę. Przymus zabijania, przemocy – oto kolejny wymiar ich poświęcenia. 

            Wspomniałam o bohaterach Kamieni na szaniec. Kilka lat temu widziałam ich imiona i nazwiska wyryte na tabliczkach przytwierdzonych do prostych brzozowych krzyży na Powązkach. Leżą tam, unieśmiertelnieni przez naszą pamięć i swoją postawę – zawsze wierni Tobie, Polsko[10]

Ukrywam się 

            Niewiele może zabrać ze sobą do nowej kryjówki. Władysław Szpilman[11] ucieka z getta warszawskiego tuż przed rozpoczęciem powstania. Po aryjskiej stronie ukrywają go dawni znajomi. W dwudziestoleciu międzywojennym był znanym pianistą – sława działa na jego korzyść, gdyż powiększa krąg towarzyskich koneksji. Pierwszą noc poza murami getta spędza ukryty za przesuwaną szafą. Następnie znajomy przenosi go do pustego mieszkania, z którego nie może wychodzić. To on co jakiś czas przynosi mu jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Po pewnym czasie Szpilman musi się przenieść do nowej kryjówki – ta usytuowana jest w „jaskini lwa”, tuż obok posterunku wroga. 

            Szpilman obserwuje za oknem walki toczone pod drugiej stronie muru. Tak naprawdę on sam nigdy nie jest do końca bezpieczny. W każdej chwili jego kryjówka może zostać wykryta. Od wielu miesięcy żyje w nieustannym strachu. Czy strach może kiedyś spowszednieć? Nie wydaje mi się. Strach jest raczej jak krwiożercze zwierzę, które nigdy w pełni się nie nasyci. 

            Epicentrum ukrywania się Szpilmana następuje w trakcie trwania powstania warszawskiego oraz tuż po jego zakończeniu. Wówczas obok strachu, towarzyszy mu jeszcze nieustanny głód i pragnienie. Jutro, a także zbliżający się koniec wojny, nie wydają mu się w żadnym wypadku pewne. 

            Podobny do Władysława Szpilmana los spotkał setki ludzi. Chociażby w czasie bitwy o Anglię ludność ukrywała się w londyńskim metrze. W metrze nie ma przecież warunków do godnego życia, a jednak musiało im ono wystarczyć – musi wystarczać i dzisiaj… 

            Myśląc o kryjówkach dających schronienie ludziom nie mogę zapomnieć kilku scen z Listy Schindlera Stevena Spielberga. W czasie likwidacji krakowskiego getta część ludzi ukryła się w różnych miejscach. Jedni schowani byli na przykład w szafkach, a inni wisieli przyczepieni pasami pod łóżkami. Pamiętam kadr, jak oprawcy podnoszą właśnie jedno z takich łóżek… Pod nim ukrytych było kilka osób. Wszystkich bez zastanowienia rozstrzelano. 

            I jeszcze jedna scena z tego samego filmu z obozu w Płaszowie. Pewnego dnia w obozie ma miejsce następna selekcja więźniów. Część dzieci ukryła się w przeróżnych miejscach z obawy przed oprawcami. Przez kilka ujęć śledzimy losy małego chłopca, który rozpaczliwie szuka kryjówki. Zagląda do wielu tajnych schowków, ale tam nie może się schować, bo jest już w nich pełno dzieci. Ostatecznie wślizguje się do prymitywnej ubikacji. Przechodzi przez okrągły otwór i wpada do morza nieczystości. Jak się okazuje nawet w tym miejscu ukrywa się już kilkoro dzieci…

Popełniam samobójstwo 

            Virginia i Leonard Woolfowie postanowili, że wypadku wkroczenia do Anglii wrogich wojski, popełnią samobójstwo. Leonard był z pochodzenia Żydem, więc w okupowanym kraju groziłoby mu realne niebezpieczeństwo. Jednak ich wspólna śmierć nie była nigdy konieczna – Anglicy odparli atak nieprzyjaciela. 

            Ale Anglia była pod tym względem wyjątkiem. W czasie powstania w getcie warszawskim Niemcy otoczyli bunkier przy ulicy Miłej 18, w której stacjonowało dowództwo Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wówczas, 8 maja 1943 roku, przywódcy buntu popełnili zbiorowe samobójstwo, nie chcąc dostać się w ręce wroga. 

W tym czasie wielu, wielu ludzi w obliczu zagrożenia złapania przez okupanta postąpiło identycznie. Strach przed torturami, zbezczeszczeniem ciała i innymi rzeczami był u nich silniejszy od czegokolwiek innego. Może śmierć była dla nich ulgą, a może koniecznością… 

Krzyczę: ja tu jestem i cierpię 

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia 

[…]

Inny ktoś morał wyczyta 

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.[12]                         

            Obojętność. Zapomnienie. To przykre słowa w kontekście ludzkiego cierpienia. Ci, którym dzieje się krzywda, często chcą być zauważeni. Pragną pomocy, sprawiedliwości. Wspomniane salwy za murem getta miały właśnie zaznaczyć ludzie cierpienie „po drugiej stronie”. 

            W psychologii w trudnych sytuacjach związanych np. z wojną, wyróżnia się trzy etapy ludzkiego zachowania. Pierwszym etapem jest strach wobec nowej sytuacji i czającego się w niej zagrożenia. Drugim jest altruistyczna postawa, nierzadko pełna entuzjazmu. Z kolei trzecim etapem jest obojętność. Kiedy przyglądam się pandemii z perspektywy czasu, widzę że te trzy etapy trafnie opisują rzeczywistość. Obecnie jesteśmy już na ostatnim z nich – pandemia nam w pewien sposób zobojętniała. 

Obawiam się właśnie takiej postawy wobec wojny w Ukrainie. Teraz ludzie są zmotywowani, bezinteresowni, ale jeśli konflikt potrwa dłużej ten entuzjazm może opaść. Społeczeństwo będzie coraz bardziej zmęczone, a tląca się nadzieja na zakończenie działań zbrojnych będzie powoli przygasać. 

Boję się zobojętnienia ludzkich serc na barbarzyństwo po drugiej stronie granicy. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Ale jednak, już ta myśl sama w sobie boli i przeraża. Dlatego niech krzyczą głośno ci, których dotyka okrucieństwo. Niech krzyczą tak głośno, żebyśmy my, pomimo zasłoniętych uszu, byli w stanie ich usłyszeć. 

Pomagam 

            Obecnie możemy zauważyć fale bezinteresownej pomocy płynącej do Ukrainy. Udzielanie pomocy w obliczu zagrożenia to postawa godna podziwu – heroizm wrażliwego serca. Pod tym względem na razie jako naród zdajemy egzamin z człowieczeństwa. 

Obecnie zaatakowane miasta po wschodniej stronie naszej granicy przypominają zakażone przez zło tereny, na których zbombardowane budynki i zmarli są symbolami destrukcji moralnej. Gdzieś tam, pośród tych zgliszczy, walczą dzielnie bojownicy o wolność. Wobec tego ogromu cierpienia może się wydawać, że my, zwykli śmiertelnicy, nie jesteśmy w stanie zrobić zbyt wiele. Jednak oprócz wsparcia modlitewnego, finansowego i materialnego, możemy uczynić coś jeszcze. Możemy po prostu pięknie żyć. Doktor Rieux mówi, że jedynym sposobem walki z dżumą jest uczciwość. Uczciwość w moim wypadku polega na wykonywaniu zawodu[13]. Nawet jeśli nie jesteśmy z zawodu doktorami, sanitariuszami, czy żołnierzami, możemy starannie wykonywać nasze obowiązki z nadzieją, że poświadczą one o wartościach i moralności, których należy z całej siły bronić, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. 

Pomagam - to piękna postawa wobec zagrożenia, dostępna dla wszystkich bez wyjątku. Pomagając, dajemy coś innymi i sami przy tym otrzymujemy radość. Radość z bycia po prostu dobrym człowiekiem. Bo w tym ogromnym morzu beznadziejności należy zachować się godziwie – to właśnie czyni nas ludźmi, nie nasze DNA.[14]   

 Joanna Brzenczka



[1] Albert Camus Dżuma, porozumienie wydawców, Warszawa 2000.

[2] Wisława Szymborska Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej, cytat za:poezja.org.

[3] Przytaczam tutaj myśl Marka Edelmana, który powiedział, że niegodna śmierć jest tylko wtedy, kiedy próbowało się przeżyć cudzym kosztem. Cytat pochodzi z reportażu Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem.

[4] Pisząc te słowa myślę o znajomym Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który został postawiony przed tragicznym wyborem: jego życie albo życie czterech niewinnych więźniów niemieckich. Kolega z celi witebskiej postawił na siebie. Ale czy w tej sytuacji należy go osądzać tylko dlatego, że pragnienie życia było w nim silniejsze od poniesienia ofiarnej śmierci? – więcej na ten temat możesz przeczytać w Innym Świecie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

[5] Chcę podkreślić, iż te dwie postawy nie zawsze są ze sobą tożsame. Czasami zostanie „na miejscu”  wiąże się z podjęciem walki, czasami zaś nie, gdyż jest podyktowane innymi przyczynami. 

[6] Aleksander Kamiński Kamienie na szaniec, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1999.

[7] W tym tekście nie porównuję II wojny światowej do obecnego konfliktu w Ukrainie. Pragnę jedynie zauważyć kilka analogii właściwym dla wszystkich wojen. 

[8] Jak pisze Aleksander Kamiński: jednym z głównych zadań Małego Sabotażu było oddziaływanie na własne społeczeństwo, przyprowadzanie do porządku kanalii, uczenie ludzi o małym wyrobieniu obywatelskim rozumu, upowszechnianie haseł walki cywilnej. Patrz przyp. 6.  

[9] Kryptonim konspiracyjny Małego Sabotażu.

[10] Te słowa zostały zaczerpnięte ze Cmentarza Obrońców Lwowa.

[11] W tym fragmencie opis wojenny przeżyć Władysława Szpilmana bazuje na filmie Romana Polańskiego pt. Pianista.

[12] Czesław Miłosz Campo di Fiori (fragment), cytat za: milosz.pl.

[13] Patrz przyp. 1.

[14] Olga Tokarczuk Maski zwierząt, w: Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.


poniedziałek, 20 grudnia 2021

Jednostka wobec historii [ESEJ]

 

Fot. R. Szczasny

Liczby, a nasza wrażliwość

            W podręcznikach z historii znajdziemy wiele informacji o śmierci tylu a tylu osób, w takim a takim wydarzeniu. Liczby są dobitne. Czasem niedokładne, ale jednak robią wrażenie na ludziach obdarzonych wyobraźnią, którzy potrafią zauważyć, iż w czasie II wojny światowej życie straciło półtora razy więcej osób, niż liczy obecnie nasz kraj. To przerażające zestawienie, jakby porównanie dwóch wykresów o większych i mniejszych słupkach, może pomóc nam w wizualizacji i uświadomieniu sobie ogromu ostatecznych strat. Bo my lubimy „przemawiające” porównania i liczby, które dla większości społeczeństwa nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Jakże aktualna jest ta kwestia zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W końcu chcemy wiedzieć i l e minionego dnia wykryto nowych zakażeń, i l e osób odłączono od respiratorów, gdyż już nie były im potrzebne… Ale z drugiej strony śledzimy również bardziej prozaiczne rzeczy. Zwracamy uwagę na ceny żywności, paliwa, rachunków… ta lista jest bardzo długa, w zasadzie prawie nieskończona. A wracając do kontekstu historii, w tej kwestii interesuje nas, powiedzmy ilu rewolucjonistów zginęło w tej czy innej potyczce; jak siły rozkładały się po jednej, a jak po drugiej stronie; kto (jeśli ktokolwiek) ocalał. To wszystko dlatego, gdyż dorośli lubią liczby. Jeżeli im mówisz, że masz nowego przyjaciela, nigdy nie interesuje ich to, co istotne. Nigdy nie pytają: „Jak brzmi jego głos? Jakie są jego ulubione gry? Czy zbiera motyle?”. Pytają za to: „Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?”. Dopiero wtedy wydaje im się, że coś o nim wiedzą.[1]

            Jednak, chociaż liczy mogą powiedzieć dużo i być same w sobie niezwykle wymowne, to nie są w stanie opowiedzieć historii – nie takiej składającej się ze skutków i przyczyn, a takiej, która zawiera detale i mówi o tym, że ostatnim porządnym posiłkiem Krzysztofa Baczyńskiego były pierogi z jagodami przygotowane przez jego teściową. Takich informacji nie znajdziemy w podręczniku z historii, który, wspominając o wielkim poecie pokolenia Kolumbów, podsumuje (posługując się liczbami), iż zginął on 4 sierpnia 1944 roku podczas powstania warszawskiego.

            Wrażliwość ludzka nie funkcjonuje tak, jak być może współczesny świat by od niej oczekiwał. Nie „działa” na zasadzie „wielkości” – a więc im czegoś więcej, tym bardziej się przejmuje. Wrażliwość ludzka jest czymś bardziej subtelnym, czymś, co może wzruszyć się losem tylko jednego człowieka czy też jednej konkretnej rodziny możliwe, że całkiem podobnej do naszej. Hanna Krall pisała o tej nieproporcjonalności, jak można to nazwać, w Zdążyć przed Panem Bogiem: … krzyczał cały dzień, czy myślisz, że to może zrobić jeszcze wrażenie na kimś – jeden spalony chłopak po czterystu tysiącach spalonych?

- Myślę, że jeden spalony chłopak robi większe wrażenie niż czterysta tysięcy, a czterysta tysięcy większe niż sześć milionów.[2] – odpowiedziała Markowi Edelmanowi Hanna Krall.

Zrozumieć zindywidualizowaną historię

            Człowiek chyba po raz pierwszy w swej historii przeżywa tę dominującą skończoność świata. Wieczorami śledzi życie innych ludzi na ekranach swoich bystrych urządzeń i ogląda tych, których jeszcze sto lat temu nie miałby szans spotkać na swojej drodze. Obserwując ich z daleka, widzi, że repertuar ról i możliwości także jest skończony i że właściwie ludzie są do siebie podobni, bardziej niż mogłoby się to wydawać naszym przodkom.[3] A skoro ludzie są do siebie tak podobni – podobni w swych pragnieniach, uczuciach, zachowaniu, zarówno do osób im współczesnych, jak i tych, których już od wieków spoczywają w ziemi pod marmurowymi nagrobkami – to pozornie powinno nam być łatwiej zrozumieć siebie nawzajem. Jednak nie do końca tak jest, gdyż notorycznie nie rozumiemy siebie, ani innych. Czasem jest tak przez nasz egoizm i pychę (nie potrafimy wyobrazić sobie, iż ktoś mógłby myśleć inaczej niż my – dlaczego? skoro nasz sposób rozumowania jest najwłaściwszy), a czasami również dlatego, że granice do przekroczenia są tak wielkie, że prawie niemożliwe do pokonania. Piszę o tym gdyż, że uważam zrozumienie za jedną z elementarnych wartości, bez której niemożliwe byłoby pokojowe funkcjonowanie świata.

Prawdziwe zrozumienie składa się z kilku etapów: po pierwsze należy zacząć od poszukiwania przyczyn, po drugie trzeba połączyć przyczyny z obecnym stanem rzeczy i po trzecie, należy przypomnieć sobie, iż zrozumienie nie zawsze musi łączyć się z akceptacją czy usprawiedliwieniem czegoś.

Najłatwiej jest nam zrozumieć tych, którzy są do nas najbardziej podobni. Tak więc chociaż z przyjemnością oglądamy seriale i filmy o ludziach z tzw. wyższych sfer, to jednak ich świat jest dla większości z nas niezrozumiały (mam na myśli prawdziwe zrozumienie, a nie tylko powierzchowną ocenę sytuacji); prawa rządzące tą często bogatą rzeczywistością są dla nas co prawda intrygujące, gdyż egzotyczne, ale przede wszystkim nienaturalne, ponieważ wyrośliśmy w innym środowisku. Z kolei przeciętna rodzina – o, to właśnie uosobienie naszego świata. W końcu ona ma bardzo podobne kilkupokojowe mieszkanie w większym mieście, w końcu ona je samodzielnie przyrządzone posiłki (pewnie czasem tak samo niesmaczne jak nasze) przy bliźniaczo podobnym do naszego drewnianym stole, w końcu ona podczas kłótni trzaska drzwiami tak mocno, że aż ściany drżą, a sąsiedzi wzdrygają się przestraszeni nagłym hałasem… To właśnie tych ludzi rozumiemy, to właśnie z nimi możemy się utożsamić.

Spójrzmy na to z jeszcze innej perspektywy. Spójrzmy na tę kwestię, biorąc pod uwagę film Aida Jasmili Žbanić. Dzieło bośniackiej reżyserki opowiada historię masakry w Srebrenicy oczami zwykłej rodziny, do której należy tytułowa Aida, tłumaczka języka angielskiego, pracująca dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. I ta zwykła rodzina w swej elementarnej istocie nie różni się wiele od przeciętnych rodzin (także w szerszym spojrzeniu nie różni się wiele od tych „nieprzeciętnych”). W kontekście zrozumienia najważniejsze jest to, aby zrozumieć, iż to my moglibyśmy być na ich miejscu. To my, gdybyśmy urodzili się w innym czasie i w innym miejscu moglibyśmy znaleźć się w obliczu tragedii.

Masakra w Srebrenicy jest największym ludobójstwem w Europie od czasu zakończenia II wojny światowej. Rodzina Aidy (oraz wiele, wiele innych rodzin) znalazła się w środku konfliktu bośniacko-serbskiego. Nie miała nic wspólnego z polityką, synowie Aidy, Hamdija i Ejo, nie byli żołnierzami (ale nie to chciał usłyszeć generał Ratko Mladicia), a jej mąż był tylko dyrektorem szkoły i nauczycielem historii. Słowem, byli zwykłą rodziną, która niczym nie zawiniając, padła ofiarą ambicji dowódcy Sił Zbrojnych Republiki Serbskiej.

Obserwujemy Aidę w prawdopodobnie najgorszych chwilach jej życia. Jest upalne lato 1995 roku, bezbronni cywile uciekają do siedziby ONZ przed Serbami. Nie wszyscy mieszczą się w budynku – ci, dla których zabrakło miejsca tłoczą się wokół otoczonego płotem kompleksu. Są na otwartej przestrzeni, w zasadzie bez wody i jedzenia oraz bez jakiejkolwiek pomocy zewnątrz. Ale pomimo tego są tam dalej, nie odchodzą (bo niby dokąd mieliby pójść?), gdyż nadal wierzą, że ONZ ich obroni – to właśnie w nich upatrują swoją ostatnią, a może i jedyną nadzieje. Aida, jako tłumaczka, jest bezpieczna, lecz bardziej niż o siebie dba o swoją najbliższą rodzinę. Jej mąż i synowie są na zewnątrz, Aida więc robi wszystko, by wprowadzić ich do środka, nie interesują ją, iż względem czekającego tłumu otworzenie bramy tylko dla nich byłoby niesprawiedliwe. W obliczu zagrożenia zasady moralne, sprawiedliwość, honor… przestają obowiązywać. To przetrwanie jest priorytetem. By przetrwać, trzeba czasem kłamać, porzucić sprawiedliwość, a nawet swoją powinność względem powierzonych obowiązków.

Wkrótce po tym jak Aidzie udaje się wprowadzić swoją rodzinę do budynku ONZ okazuje się, że te działania są niewystarczające. Przybywają Serbowie, Mladić zawiera układ z nieudolnym przywództwem Organizacji Narodów Zjednoczonych – rodzina Aidy nadal nie jest bezpieczna. Teraz tłumaczka chce zdobyć przepustki dla swojego męża i synów, by mogli oni zostać w siebie ONZ, pomimo że pozostali muszą opuścić ten teren (kobiety trafiają do autobusów, a mężczyźni do przyczep - wszystkie te pojazdy są pod kontrolą Serbów). Aida ma przepustkę, ale ponownie zrobi wszystko, aby jej najbliżsi również ją otrzymali. Jednak kobieta jest bezsilna wobec niewzruszonej postawy dowódcy ONZ. Kiedy wszystkie błagania zawodzą, Aida ukrywa w magazynie męża i synów. To wszystko na próżno, znajdują ich i wysyłają na śmierć, tak samo jak całą resztę.

Ta historia jest przejmująca. Pokazuje, jak pod lupą tragedię jednostki zapisaną na kartkach nie tak dawnych dziejów. I nie tylko mam tutaj na myśli rodzinę Aidy, a wszystkie tak elementarnie podobne do siebie rodziny, które podzieliły losy tej ukazanej na filmie. Rodzina Aidy jest reprezentantką – jedną opowiedzianą historią na tle wielu niewypowiedziany, ukrytych za ciężką kotarą milczenia i tabu.

 Aidę można nazwać bohaterką tragiczną, której pomimo usilnych starań nie udaje się uratować swojej rodziny. Tak naprawdę w takich warunkach jej synowie i mąż praktycznie nie mieli szans na przeżycie. Los Aidy jest tym trudniejszy, iż po masakrze w Srebrenicy została sama – ta, która dźwigała krzyż odpowiedzialności za tak wielu przeżywa, by odszukać ciała (nie cała, tylko szczątki: parę kości i fragmenty ubrania) swoich najbliższych i dalej żyć z bólem w oczach, kształtując nowe pokolenie jako nauczycielka.

Ten film to również obok tragicznej historii jednostki, laurka pamięci dla wszystkich poległych. Dla współczesnych Serbów i Bośniaków temat masakry w Srebrenicy i wojny domowej jest nadal trudną kwestią. Wobec tego tym lepiej, że te wydarzenia są odtwarzane w różnych tekstach kultury. Pamięć oraz świadomość historii są bardzo ważnymi elementami, składającymi się na naszą tożsamość. Tak, to bardzo dobrze, że są jeszcze tacy artyści jak Jasmila Žbanić, którzy odkopują stare groby trudnej przeszłości. Tak… tym bardziej, że gdy coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera.[4]

Pozostały zgwałcone kobiety i synowie i mężowie, o których nikt nie pyta…

            Kobiety pytają: po co była nam wojna? po co ginęli nasi synowie?

            I odpowiadają: po nic, po strach, tułaczkę i krew, i po życie w barakach.

            A przed wojną był dom, w każdym domu – pełna zamrażarka.

            Teraz puste garnki. Za puste garnki ginęli.[5]

            Nikt nie wie, po co była ta wojna domowa. Czy ci, którzy ją rozpoczęli osiągnęli to, co chcieli? Po co były te lata 1992-1995 najgorszego terroru, które naznaczyły traumą tych, którzy przeżyli, a pozostałym odebrały życie i wrzuciły ich ciała do masowych grobów? A świat na to patrzył. A świat to dokumentował, robił zdjęcia, drukowane później na pierwszych stronach gazet. Dwadzieścia sześć lat temu został podpisany układ w Dayton, kończący wojnę domową w Bośni i Hercegowinie. Dwadzieścia sześć lat temu, nie sto, nie dwieście, tylko dwadzieścia sześć.

            Nie będę tutaj pisała o przebiegu wojny. Nie będzie żadnych żołnierzy, wojsk chorwackich, prezydentów, operacji, statystyk – o tym możecie przeczytać na Wikipedii, tak opisują konflikty podręczniki z historii. Piszę o jednostce wobec historii, więc skupie się na życiu przeciętnych ludzi, zwłaszcza kobiet, które przeżyły.

            Matka Mejra (tak się przedstawia i tak na nią mówią inni) przychodzi co czwartek do sali teatralnej w wiejskim domu kultury na ekshumację. Stoi nad jednym i tym samym ubraniem. Poprawie je, głaszcze. Myśli, że te ubranie mógł mieć na sobie jej syn. Matka Mejra miała dwójkę dzieci: Edvina i Ednę. Edvina już znalazła (doktor Ewa Klonowski po przeprowadzeniu badań DNA potwierdziła te przypuszczenia: chromosomy się zgadzają, to on), ale Edny nie. Wszystko wiem, jak było z moją Edną – mówi Matka Mejra. – Kto ją bił, kto gwałcił. Tylko nie wiem, dokąd pojechał tamten autobus. Dokąd ją z Omarskiej wywieźli. Ubrania nigdzie nie ma, nawet pantofla, nic[6]. Więc Matka Mejra nadal wywiesza fotografię swoich dzieci, chce wiedzieć. Liczy, że może ktoś coś wie, widział i przeżył…

            Mąż Matki Mejry, Uzeir żyje, jednak nic nie mówi. Czasem wydaje mu się, że wciąż jest „tam” i że ktoś go bije. Miał dwa wylewy i nie przypomina już tego mężczyzny, którym był kiedyś.

            Po pewnym czasie doktor Ewa znajduje Ednę. Teraz wiadomo dokąd wówczas pojechał ten autobus z Omarskiej – pojechał do Donji Dubovik, gdzie dokonano egzekucji. Ciała wrzucono do jamy, którą nakryto wielkim kamieniem. To tam leży Edna w postrzępionym ubraniu. Dostała najpierw w miednicę, a później w pierś – tyle z kości potrafi odczytać doktor Ewa. Matka Mejra jest szczęśliwa, w końcu znalazła swoją córkę, w końcu może urządzić swoim dzieciom godny pogrzeb.

            Edvin i Edna leżą na cmentarzu w Bihaciu. Ich świeże groby położone są jeden obok drugiego. Matka Mejra mówi do Ewy, że teraz jest jej lżej.

            Jasna Ploskić z zawodu jest prawniczką. Po skończeniu studiów wyszła za mąż za Hasana, z którym miała dwójkę dzieci: córeczkę Ajlę i syna Amara. Można powiedzieć, że przed 1992 rokiem miała wszystko – później z tego dawnego życia nie pozostało jej nic, prócz wspomnień. Jasna wraz z rodziną uciekała przed serbskimi wojskami. W czasie ucieczki zgubili się w lesie. Odnaleźli ich nieprzyjaciele, którzy kazali iść na połoninę Veleż. Tam przed szkołą odbywała się selekcja (bliźniaczo podobna do tej z czasów II wojny światowej), kobiety z dziećmi na jedną stronę, mężczyźni na drugą – to wówczas Jasna po raz ostatni widziała swojego męża. Jasna wraz z dziećmi trafiła do piwnicy, gdzie były też inne kobiety ze swoimi pociechami. Wszyscy byli głodzi, nikt nie miał nic do jedzenia. Czwartej nocy do piwnicy przyszło kilku mężczyzn – chcieli zabrać kilka kobiet. Kobiety domyśliły się do czego są im potrzebne… Zabrali Jasnę. Musiała iść, bo gdyby nie poszła, to na jej oczach zabiliby jej dzieci. Jasna wyszła z piwnicy – to wówczas po raz ostatni widziała Ajlę i Amara.

            W Bośni chyba tylko Jasna Ploskić przyznaje publicznie, że jest ofiarą etnicznego gwałtu: gwałcili ją Serbowie, bo jest Muzułmanką. Teraz w każdym mężczyźnie widzi mordercę.

            Jasna znalazła ciało męża, odbył się jego pogrzeb. Ale… nie ma ciał Ajli i Amara. Są na liście zaginionych, nieodnalezionych. Jasna liczy ich lata, wie, ile dzisiaj miałyby lat, gdyby przeżyli.

            Doktor Ewa Klonowski nie pochodzi z Bośni i Hercegowiny. Jest polsko-islandzką antropolog sądową, ma męża i dwie córki. Ekshumuje i identyfikuje ofiary bośniackiej wojny domowej. Ewę fascynuje składanie kości – dopasowuje kość do kosteczki, aż składa cały szkielet (o ile zachował się w całości). Doktor Ewa nie wierzy, że Bóg istnieje. Wie, że rodziny, dla których to robi, wierzą. Będzie Sąd Boży i Zmartwychwstanie. Wolałabym – mówi – żeby oni przed tym swoim Allahem stali na swoich nogach, nie na cudzych. I mieli na karku swoją czaszkę. Żeby jakoś wyglądali, kiedy wstaną z martwych.

            Wszyscy znają doktor Ewę. Doktor Ewa znajduje zaginionych mężów, kobiety, dzieci… To dzięki doktor Ewie odbywają się pogrzeby, tak ważne dla Muzułmanów. A ona musi się jakoś trzymać. Pracuje bez wytchnienia i pracowałaby nawet bez wynagrodzenia.

            Na początku doktor Ewa była zdziwiona, że rodzice (bądź tylko jeden z rodziców) przyprowadzają na ekshumacje swoje dzieci.

- Po co ciągnięcie tu dzieci? – pytała.

- Żeby pamiętały – odpowiadali jej wszyscy tak samo.

            Aida, tytułowa bohaterka filmu Jasmili Žbanić, znalazła ciała swojego męża i dwóch synów. Po wykryciu ich kryjówki w siedzibie ONZ, trafili w ręce Serbów. Zostali wraz z innymi mężczyznami przewiezieni do małej sali – powiedzieli im, że będą oglądali tam film. Stał więc tłum mężczyzn w różnym wieku z rękami podniesionymi nad głową, tak czekali… Czy wiedzieli już, jak to się skończy? Tak czekali, aż serbscy żołnierze zaczęli do nich strzelać, a potem nie było już nic. Aida została z fotografiami „dawnych czasów” zabranymi z ich starego mieszkania, w którym teraz żyje inna, serbska rodzina.

Jednostka wobec historii

            Nie moglibyśmy zrozumieć historii jednostki bez znajomości historii ogólnej pisanej według podręcznikowego wzorca zazwyczaj z perspektywy jednego państwa. W podręczniku z historii znajdziemy biogramy tylko tzw. „wybitnych jednostek” - przeciętni ludzie mogą być w nim co najwyżej tylko liczbami. Bo „wybitne jednostki” dokonały czegoś ważnego i przez to trzeba o nich pamiętać.

            Swidrygajłow powiedział w tym kontekście o Raskolnikowie ważną myśl: strasznie mu zaimponował Napoleon, a raczej zaimponowało mu to, że bardzo wielu genialnych ludzi, nie oglądają się na k r z y w d ę  j e d n o s t k i [podkreślenie - J. Brzenczka], bez namysłu kroczyło naprzód.[7] Cóż, losem tych „niezapisanych na kartach historii” mało kto się interesuje – nie dbały o nich „wybitne jednostki”, często nie dbamy i my…

            Próbuję tutaj powiedzieć, że niejednokrotnie w morzu faktów, wykresów, przyczyn i skutków, ginie (czyżby po raz kolejny?) i umyka nam los przeciętnego człowieka. Analizujemy historię z perspektywy wielkich wydarzeń i „wybitnych jednostek”, zapominając spojrzeć na nią ze strony tych, którzy wówczas rodzili się, umierali, brali śluby, popełniali błędy, zarabiali na chleb – którzy po prostu żyli w różnych wsiach i miastach. Może wówczas spojrzymy inaczej na znane nam fakty. Może, kiedy spojrzymy na Napoleona oczami matki, która straciła swojego jedynego syna w bitwie pod Austerlitz, inaczej ocenimy tego „wielkiego” człowieka. Może, kiedy spojrzymy na takiego zbrodniarza, jakim był Hitler z perspektywy kobiet, które kochał, dostrzeżemy, że człowiek jest istotą bardziej skomplikowaną niż może nam się wydawać. Może, kiedy spojrzymy na wojnę domową w Bośni oczami kobiet, które przeżyły, będziemy w stanie powiedzieć coś nie o walkach żołnierzy, a o tragizmie przeciętnej jednostki.

 

Joanna Brzenczka

 

Fot. R. Szczasny

 


[1] Antoine de Saint-Exupéry Mały książę, Wydawnictwo MUZA S.A.

[2] Hanna Krall Zdążyć przed Panem Bogiem, Wydawnictwo a5, Kraków 2008.

[3] Olga Tokarczuk Ognozja, w: Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

[4] Olga Tokarczuk Czuły narrator, w: Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

[5] Wojciech Tochman Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

[6] Wszystkie pozostałe cytaty z tego fragmentu eseju pochodzą z reportażu W. Tochmana – patrz przyp. 5.

[7] Fiodor Dostojewski Zbrodnia i kara, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2018.