czwartek, 12 lutego 2026

Warsztaty dziennikarskie

Bardzo dobrze jest poszerzać swoją wiedzę zarówno w sposób teoretyczny, jak i praktyczny. Uczniowie naszego liceum mieli taką możliwość poprzez wzięcie udziału w warsztatach dziennikarskich organizowanych w naszej szkole. Dzięki pomocy pani Anny Rozłuckiej-Jankowskiej i studentów trzeciego roku dziennikarstwa z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie udało się przeprowadzić niezwykle ciekawe zajęcia. Dotyczyły one zwłaszcza uczniów klasy pierwszej humanistyczno- dziennikarskiej, którzy w przyszłości mogą wybrać właśnie takie studia i zostać dziennikarzami. 

Warsztaty ze studentami były podzielone na kilka części. Na początku Paweł Tomaszewski, który jest naszym absolwentem, Jakub Świeca i Oliwia Tokarczyk opowiedzieli uczniom o codzienności studiów, przyjemnych, jak i trudnych rzeczach w pracy dziennikarzy, a także o wadach i zaletach tego kierunku kształcenia się. Pokazali także swoje nagrania, które udało im się stworzyć w czasie studiów. Następnie uczniowie podzielili się na trzy grupy: pierwsza tworzyła kolegium dziennikarskie, które zajmowało się zbieraniem i redagowaniem tekstów dziennikarskich; druga grupa zajmowała się montażem oraz obsługą profesjonalnego sprzętu; natomiast trzecia grupa realizowała ćwiczenia reporterskie, czyli m.in. nagrywanie krótkich relacji czy przeprowadzanie ankiet wśród uczniów. 

Efektem tej pracy naszych uczniów był powstały film, który pokazywał niemalże prawdziwy serwis informacyjny. Na koniec uczniowie mogli uzyskać odpowiedzi na nurtujące ich pytania zadawane studentom. Po takich warsztatach nasi uczniowie na pewno są bogatsi w wiedzę i doświadczenie. Natomiast nasz zespół redakcyjny „Ad operam” przygotował specjalnie dla Państwa wywiad z prowadzącymi warsztaty studentami:



 Ad Operam (AD) – Prowadzący

 Oliwia Tokarczyk (OK) – studentka dziennikarstwa

 Paweł Tomaszewski (PT) – student dziennikarstwa

 Jakub Świeca (JŚ) – student dziennikarstwa


(AD): Na samym wstępie chcielibyśmy podziękować wam za przyjęcia zaproszenia do rozmowy. Z tego, co wiemy warsztaty te były dla was czymś nowym, jak czujecie się w roli wykładowców, jakie są wasze odczucia już po zajęciach?

(OK): Dla mnie nie było to typowo nowe doświadczenie, nieraz występuje przed szerzą publicznością. Natomiast szkolenia z dziennikarstwa, nigdy nie miałam okazji prowadzić, a dzisiejsze warsztaty bardzo mi się podobały. Bardzo lubię działać i rozmawiać z ludźmi, robiąc to na co dzień, a to samo robiliśmy dzisiaj, tylko w formie prowadzenia.

(JŚ): Dla mnie na pewno było to wyjście ze strefy komfortu, ponieważ ja zajmuję się głównie tą drugą stroną, zza kamery. Myślę, że fajnie to wyszło i mam szczerą nadzieję że w przyszłości uda nam znowu spotkać.

(PT): Kolejny Side quest do kolekcji. Ja przyznam szczerze, że przez mój bezpośredni kontakt z liceum, dzięki pani Ani Rozłuckiej, byłem lekko zestresowany tym spotkaniem. W trójkę pracowaliśmy nad tym by program każdemu się spodobał i trochę wszystkich zaskoczyć. Myślę, że się udało.

(OK): Same przygotowanie nie były łatwo, nie wiedzieliśmy w zasadzie co zrobić, żeby rzeczywiście pokazać tę stronę dziennikarską z ciekawej, praktycznej perspektywy. –

(PT): – I żeby przy okazji nie wyjść na boomerów.

(OK): O tak, to było trudne zadanie [śmiech].

(PT): Poza tym przygotowania same przygotowania były dość trudne. Poza ustaleniem scenariusza musieliśmy wypożyczyć z uczelnie masę sprzętu, co wiązało się z pisaniem prób do władz uczelni. Ostatecznie jesteśmy zadowoleni z efektu.

(AD): Wieżymy, że w przyszłym roku uda się zrobić następną edycję warsztatów. Jeśli chodzi o same zajęcia, to jak współpraca z naszymi uczniami? Jak radzili sobie z dziennikarskimi zadaniami, które im wyznaczyliście.

(JŚ): Patrząc na to obiektywnie, myślałem, że będzie gorzej. [śmiechy].

(OK): W mojej grupie dziewczyny, były bardzo otwarte, chciały nauczyć się czegoś nowego. Nawet jak nie wychodziło, nie rezygnowały, próbowały do końca, a przecież o to właśnie chodziło.


(JŚ): To prawda, widać było duże zainteresowanie tematem, i zaangażowanie.

(PT): Ja na przykład byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Uważam, że uczniowie świetnie pisali prowadzenie programu telewizyjnego. Parę wskazówek wystarczyło, żeby załapali o co w tym chodzi. Jestem zadowolony ze współpracy i mam nadzieję, że uczniowie również.

(OK): Sam fakt tego, jak wyszedł końcowo film, który nagrywaliśmy świadczy o dobrej współpracy, bo wyszło naprawdę nieźle.

(PT): Dodam tutaj, że my jako studenci na pierwszym roku robiliśmy podobny materiał, który jednak kompletnie nie wyszedł, tak więc gratulacje dla uczniów.

(JŚ): Staraliśmy się odtworzyć jedne z naszych pierwszych zajęć na studiach, a efekt wydaje się lepszy niż wtedy.

(AD): Wychodzi na to, że poprowadziliście zajęcia lepiej niż profesorowie na uczelni.

(JŚ): Zważywszy na stosunkowo krótki czas, jaki poświęciliśmy na zajęcia, wyszło naprawdę dobrze. Poza tym razem uzgodniliśmy, że ma to być przede wszystkim dobra zabawa.

(PT): Domyślamy się, że dla uczniów również nie było to łatwe, zostali wrzuceni na głęboką wodę. Ale takie właśnie było założenie. Byliśmy pewni, że gdyby nie wyszło tak dobrze, to nic straconego. Wszystko zostałoby w ramach nauki i doświadczenia.

(AD): Dobrze, przejdźmy teraz w stronę stricte waszej pracy. Jakie relacjonowane wydarzenie było najciekawsze i najbardziej utkwiło wam w pamięci?

(OK): Trudne pytanie i zależy jak na nie spojrzeć. Pod względem wydarzeń które ja najlepiej zapamiętałam, ponieważ były one w jakiś sposób stresujące, to na pewno nasze początki, gdy zaczęliśmy nagrywać konferencje naukowe, bez większych przygotowań. Przykładowo na dwa dni przed taką konferencją, dowiedzieliśmy się, że mamy przeprowadzić wywiady z ważnymi osobistościami np. z Ukrainy czy Polski. Ten stres mocno utkwił mi w pamięci.

(JŚ): Dla mnie takim wydarzeniem był Superpuchar Polski w piłce nożnej na stadionie narodowym w Warszawie, szczególnie, że byłem tam sam, co podwiało stres z tym związany.

(PT): Ja się zgodzę z Oliwią, jeśli chodzi o konferencje. Można powiedzieć, że robiliśmy to na czuja, gdyż dopiero jakiś czas później mieliśmy zajęcia z przeprowadzania wywiadów. Nie wiedzieliśmy za bardzo jak to robić, ale z tego co pamiętam nie wyszło najgorzej. Najciekawszym eventem było dla mnie Forum Ekonomiczne, na które dostaliśmy wejściówki. Jest to jedno z najważniejszych wydarzeń gospodarczo-ekonomicznych w Europie. Tam jako praktykanci mieliśmy całkiem sporo swobody i całkiem dobrze się bawiliśmy.

(JŚ): Natomiast wydaje mi się, że najważniejszym materiałem dla nas był nasz ostatni, nagrany w czasie świąt.


(AD): Rzeczywiście, te wydarzenia brzmią ciekawie, ale chyba żaden dziennikarz nie może obejść się bez wpadek. Jakie najśmieszniejsze gafy i pomyłki popełniliście w waszej praktyce dziennikarskiej?

(JŚ): Poza tym że wpadki zdarzają nam się notorycznie, to jedną pamiętnych była nagrywka w Energylandi. Nagrywaliśmy nową strefę w parku i wówczas Oliwia zapytała jednego z obecnych tam influencerów jak było na roller coasterze zanim wszedł na niego wszedł. 

[śmiechy] 

Nasze umiejętności zostały wtedy szybko zweryfikowane.

(OK): Rzeczywiście, trochę bałam się wtedy ponownie do niego podejść. [śmiechy] Poza tym wpadek było sporo.

(PT): Często także techniczne kwestie nie dawały nam żyć. Nienagrywające kamery, awarie świateł, dźwięk się nie nagrał itp.

(JŚ): Sprzęt, którym się posługujemy jest z uczelni, dlatego czasem płata nam figle, ponieważ każdy szanuje go na swój sposób.

(AD): Jakimi umiejętnościami, poza otwartością rzecz jasna, powinien wykazać się przyszły

dziennikarz?

(OK): Podstawą jest kreatywność. Natomiast dzisiaj w rozmowie z Pawłem doszliśmy do tego że nie ważne, jakie mamy umiejętności w wypowiadaniu się czy mowie ciała, jeśli nie posiadamy spontaniczności, kreatywności czy odwagi, to może nam być ciężko. Zawsze, a tym bardziej w takim zawodzie trzeba ryzykować. Ja przykładowo jestem osobą, która „jest wszędzie”, zawsze głośna i zauważona co wydaje mi się ważne w dziennikarstwie.

(PT): My jako media często korzystamy z tego, że mamy kamerę i często wychodzimy przed szereg, bo musimy przeprowadzić ten czy inny wywiad.

(JŚ): Całe te studia powodują maksymalne wyjście ze strefy komfortu i wykazanie się wszechstronnością i kompletnie zmienia.

(PT): Chciałbym też dodać że ważnym aspektem jest kultura, nie tylko słowna, ale ogólne wyczucie tego, co wypada, a co nie. Tego nas nikt poza nami i naszymi wpadkami nie nauczy. Jak wiadomo szybko można sobie zepsuć piar. Niestety pierwsze wrażenie robimy tylko raz. Tak więc pewne wyczucie jest kluczowe.

(AD): Słowem końca, co chcielibyście przekazać przyszłym studentom, którzy planują dziennikarstwo?

(JŚ): Po pierwsze, jak dla mnie w tym kierunku nie trzeba być orłem ze wszystkich przedmiotów. Ja jestem tego najlepszym przykładem.

(OK): Trudne pytanie, natomiast wydaje mi się, że odrobina silnej woli wystarczy żeby osiągnąć cel.


(PT): Uważam że przyszli studenci powinni czerpać z tego ile się da. Nie bójcie się, próbujcie. To jest czas na naukę. Nie czekajcie na jakiś lepszy moment, bo może on nie nadejść, jeśli sami nie wykażecie inicjatywy.

(AD): Bardzo dziękujemy wam za ciekawą i przyjemną rozmowę. Do zobaczenia.

(OK): My również dziękujemy.


10.02.2026

piątek, 16 stycznia 2026

Tęsknota

 Tęsknota we mnie rośnie, jak cień,

Co wraca, choć dzień goni dzień.

Przychodzi nagle, gdy świat zgaśnie,

I nagłym chłodem w myślach trzaśnie.

Wyostrza każdy dawny ślad,

Jakby chciała zatrzymać świat.

A ja w jej ciszy czuję znak,

Że w środku siła, choć czasu brak.

Lecz gdy jej oddech w sercu drży,

Wspomnienia budzą nowe sny,

Jak latarnia na końcu dróg,

Co prowadzi przez mrok snów.

Bo tęsknic – znaczy jeszcze chcieć,

Wciąż wracać tam, gdzie pragnie się więcej z życia mieć.

To most niewidny, który trwa,

Choć biegnie przez najgłębsze „ja”.

I nawet jeśli minie noc,

Tęsknota zawsze niesie moc –

By z tego, co daleko jest,

Zrodził się jutra cichy gest.


Oliwia Put II JB

Zakochanie

 Zakochanie wchodzi cicho, jak cień o zmierzchu,

Przewraca świat do góry nogami w sercu.

Jeden uśmiech waży więcej niż tysiąc słów,

A każdy dotyk jest jak skrzydeł cud.

Każdy uśmiech jest jak tajemniczy znak,

Co rozświetla mrok i zabiera ze sobą strach.

Zakochanie jest jak wiatr,

Rozwiewa wszystkie z nieba chmury.

Nie pyta o pozwolenie ani drogę do celu,

Po prostu zostaje w sercu, dając radość każdemu.

W sercu płonie, jak świeca w nocy blask,

Prowadzi w miejsca, gdzie świat staję się piękniejszy w czas.

Zakochanie w sercu trwa, jak ogień w zimnej nocy,

Rozświetla każdy mrok i topi wątpliwości w swej mocy.


Oliwia Put II Jb

Pod światłami Wrocławia

 Na rogu pachnie kawą, dymem,

Tramwaj się toczy swoim rymem.

Most Grunwaldzki w mgłę się wtula,

A Odra śpiewa jak stara kula.

Neony drżą nad rynkiem w deszczu,

Noc niesie echo w wąskich przejściach.

Latarnia mruga – ktoś się śmieje,

I noc jak życie – wciąż się dzieje.

Tu każdy krok ma własny bit,

Tu sen i hałas tworzą mit.

Wrocław nie śpi – tylko mruczy,

Jakby miał sny pod tysiącem kluczy.

Wśród świateł miasta sen się tli powoli,

A czas pod Ratuszem cicho stoi.


Oliwia Put II JB

czwartek, 11 grudnia 2025

O pochwale życia

Tatrzańska poezja Jana Kasprowicza


Większość naszej licealnej braci miała okazję odwiedzić Muzeum Jana Kasprowicza na Harendzie, czyli niegdysiejszy dom słynnego poety, patrona naszej szkoły.  To miejsce u stóp Gubałówki, na południowo-wschodnich stokach tego wzgórza, prócz swej wartości historycznej i kulturowej jest swoistym symbolem spokoju i ukojenia. Tatry były dla Kasprowicza ostoją, miejscem oczyszczenia od codziennych trosk, oraz niepodległości duchowej. Można powiedzieć, że poeta znalazł w przyrodzie tatrzańskiej pewien klucz, prowadzący do harmonii, z którego i my, na wzór jego poezji możemy dziś korzystać.

File:1926 Willa Harenda Jana Kasprowicza.jpg

Zdjęcie Harendy (domena publiczna)

Poezja Jana Kasprowicza na przestrzeni jego życia uległa wyraźnym zmianom. Charakter i styl jego twórczości odzwierciedlał prądy literatury jego czasów. Inspiracją były dla niego także osobiste, nieraz trudne doświadczenia życiowe, jak chociażby burzliwe małżeństwa. Znaczną część swej twórczości opierał o ideały młodopolskie, buntownicze i dekadenckie, wyrażając wewnętrzne rozterki, niekiedy w sposób apokaliptyczny.

„O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Twojego gniewu nadszedł wielki czas,

głos już zagrzmiał hiobowy,

niebios walą się posowy,

z owiniętej cierniem Głowy

rzeką i morzem płynie ciepła krew,

w rzekę i morze krwi jej ból się zmienia… „

Fragment wiersza Dies Irae z tomu Ginącemu Światu 

Jego katastroficzne i ekspresyjne dzieła jak Dies Irae, ustąpiły refleksyjnym i stonowanym utworom, wyrażającym zachwyt naturą i prawdziwą pochwałę życia w Księdze Ubogich.  

Także prostota, jest mocno odczuwalna w jego wierszach. Możemy dostrzec ją zarówno w stylu, jak i w samej tematyce późniejszych utworów, częstokroć traktujących o pracy na roli, przemijaniu czy odpoczynku. Odchodzi od skomplikowanego symbolicznego języka na rzecz zrozumiałego i niemalże ludowego.

Jednym z najbardziej charakterystycznych motywów poezji patrona naszego liceum jest przyroda, szczególnie tatrzańska. Nastrój i ta niesamowita energia emanująca z tych utworów, pozwala nam poczuć to co czuł Jan Kasprowicz, gdy zdobywał niedostępne szczyty Tatr. Są to uczucia pełne spokoju, zachwytu i spełnienia po długich latach kryzysów egzystencjalnych i zawodów miłosnych.

„Nie ma tu nic szczególnego,
Żadnych tu dziwów świata:
Fundament z skalnych odłamów,
Z płazów świerkowych chata.
Przed chatą mały ogródek,
A w nim – o ludzie zmęczeni! –
Czuwa nad naszym spoczynkiem
Rząd pewnych siebie jasieni.”

Fragment wiersz Nie ma tu nic szczególnego z tomu Księga ubogich


Osiadłszy na Harendzie wraz ze swoją trzecią żoną Marią Bunin, z którą dożył kresu swych dni, Kasprowicz tworzy poezję, która w moim odczuciu powinna być czytana i interpretowana szczególnie dzisiaj. Chociaż jego poezja przyrody powstawała ponad wiek temu, w naszych czasach nabiera wyjątkowej wartości. Żyjemy w społeczeństwie, które zapomniało jak to jest się zatrzymywać by spojrzeć na świat. Naszą codziennością jest ślepy bieg przed siebie, z którym dostrzeganie piękna rzeczywistości nie wchodzi w grę. Pragniemy osiągać kolejne życiowe cele, nie zadając sobie nawet pytania po co to robimy. Nie twierdzę bynajmniej, że nie warto dążyć do celów, jednak w naszych czasach dobrze jest czasem zwyczajnie zwolnić, dać odetchnąć umysłowi. Dzięki temu nasze przedsięwzięcia zyskują świeże spojrzenie i nową radość. Taką między innymi naukę jesteśmy w stanie wyciągnąć z twórczości Kasprowicza. 

Przykładowo Witajcie, kochane góry to wspaniały wiersz wychwalający życie, jednocześnie bijący prostotą stylu i języka, który jednak dotyka poważnych tematów dotyczących duchowości człowieka i jego relacji z siłami natury. 

„A za to płyną od pola
Twórcze podmuchy wieczności
Co śmierć na życie przetwarza
I ścieżki myśli mych prości.

Witajcie, kochane góry,
O, witaj, droga ma rzeko!
I oto znów jestem z wami,
A byłem tak daleko!”

Fragment wiersza Witajcie, kochane góry z tomu Księga Ubogich

Jan Kasprowicz tworzył poezję barwną, jak barwne było jego życie, pełne rozterek, rozczarowań i utrapień, które ostatecznie zaprowadziło go tam gdzie wszyscy podświadomie dążymy, czyli w objęcia natury, a konkretnie w ukochane Tatry. Chociaż błogosławieństwem naszych czasów jest praktycznie nieograniczona możliwość rozwoju i poszerzania perspektyw, warto pamiętać o małych i prostych rzeczach, które tak pokochał Jan Kasprowicz, o których my często zapominamy. Ta prostota bijąca z jego tekstów, wręcz uderza w nas, zagubionych w labiryncie cywilizacji. Kasprowicz w swej przejrzystości i celebrowaniu życia nie jest jedynym. Wielu polskich artystów poruszało podobne motywy – łączyli prostotę języka i wrażliwość na naturę z refleksją nad światem. Dobrym przykładem może być ks. Józef Tischner - filozof zakorzeniony w Podhalańskim folklorze, z  którego uczynił prostoduszny przekaźnik głębokich przemyśleń. Warto nadmienić także Edwarda Stachurę, którego szczere, bezpośrednie i natchnione wędrówką dzieła inspirowały znany zespół Stare Dobre Małżeństwo.

Twórczość Kasprowicza obejmuje wiele tematów, problemów i wątków, a to, że skupiam się na jej późniejszym etapie, nie oznacza, że wcześniejsze dzieła są niewarte uwagi. Wręcz przeciwnie – warto zapoznać się z całą paletą jego twórczości, aby w pełni zrozumieć tę fascynującą postać. Warto dziś sięgać po wiersze proste w słowie, a bogate w treść, niosące harmonię, refleksję i zachwyt. Pamiętajmy, że nawet w nieustannie „pędzącym” XXI wieku spostrzegawczy obserwator może dostrzec to samo piękno, które widział Kasprowicz.


image of artwork listed in title parameter on this page

Jacek Maleczwski Portret Jana Kasprowicza


czwartek, 20 listopada 2025

Wycieczka do Pragi 2025

Dzień pierwszy

Nasz przyjazd do stolicy Czech rozpoczęliśmy od zwiedzania twierdzy Wyszehrad. Jest to wzgórze zlokalizowane nad rzeką Wełtawą, uważane za najstarszą siedzibę książąt czeskich z dynastii Przemyślidów. Zobaczyliśmy tam Bazylikę św. Piotra i Pawła, Cmentarz Wyszehradzki (Slavín), Rotundę św. Marcina, a także Park Wyszehradzki i mury obronne, z których rozciągał się piękny widok na stolicę. Następnie przejechaliśmy na starówkę miasta, gdzie zobaczyliśmy dawną dzielnicę żydowską, a także masę urokliwych kamienic i przepiękny rynek miejski. Na rynku dominowały dwa monumentalne kościoły: Najświętszej Marii Panny przed Tynem i Świętego Mikołaja. Przeszliśmy także później ulicą Praską, która jest uważana za najbogatszą ulicę, gdyż znajduje się tam duża ilość markowych i luksusowych sklepów. Kiedy zaczęło się już ściemniać przeszliśmy licznymi zakamarkami i uliczkami miasta na plac Wacława, na którym znajduję się pomnik Wacława i Muzeum Narodowe, a także liczne sklepy i restauracje, tam też mieliśmy okazję zasmakować czeskiej kuchni i zobaczyć czeskiego Krecika w prawie każdym sklepie. Wieczorem udaliśmy się spacerem po pięknie oświetlonym mieście do autokaru i następnie do hotelu.

Dzień drugi

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od Zamku Praskiego na Hradczanach. Jest to ikoniczny i historyczny kompleks zamkowy w Pradze i oficjalna rezydencja Prezydenta Republiki Czeskiej. W samo południe oglądaliśmy uroczystą zmianę warty, później udaliśmy się pod katedrę św. Wita, która wywarła na nas ogromne wrażenie. Następnie udaliśmy się przez ogrody zamkowe na taras widokowy, gdzie rozpościerał się przepiękny widok na całe miasto. Po zejściu z zabudowań zamkowych przeszliśmy urokliwymi uliczkami miasta nad brzeg Wełtawy, a następnie na most Karola, który jest jednym z symboli miasta i na którym znajdują się barokowe rzeźby. Potem przeszliśmy jeszcze ulicami starego miasta aż ponownie znaleźliśmy się na rynku, gdzie mieliśmy okazję zasmakować czeskiej kuchni. Po zmroku, podziwiając wieczorną panoramę miasta, udaliśmy się do autobusu i wyruszyliśmy w podróż powrotną do Polski.



O legendach raciborskich

 

Racibórz, jak większość miast w Polsce, posiada wiele swoich legend i ludowych podań, które do dzisiaj wesoło wędrują z ust do ust, nadając naszemu miastu barwnego, a czasem tajemniczego oblicza. Historyczna stolica Górnego Śląska, jaką jest Racibórz, obfituje w niezliczone opowiadania o duchach, nadprzyrodzonych miejscach czy wyjątkowych mieszkańcach. Legendy te, choć na ogół są mało znane, potrafią swoją aurą umilić spacerowanie ulicami naszego miasta.

 Powstało kilka książek zbierających w jednym miejscu te wspaniałe historie jak na przykład Legendy i podania ziemi raciborskiej - Ewy Wawoczny, czy Legendy i podania dawnego Raciborza - Janusza Nowaka (byłego dyrektora naszego liceum). Przedstawiam tutaj moim zdaniem te najciekawsze oraz niezwykłe.

Zagubiony książę, legenda o początkach Raciborza.

W odległych czasach tereny nad Odrą porastała nieprzebyta puszcza. Mieszkała w niej niezliczona zwierzyna łowna, a w jej gęstwinach ukrywały się bandy zbójów napadających na spokojnych kupców. Na ziemie te wraz ze swą kompanią, przybył książę wojownik zwany Racibor. Racibora, przybyłego z nieznanych nam stron, zwabiły wieści o wspaniałych polowaniach, jakie odbywały się w nadodrzańskiej puszczy, której pozostałości możemy dzisiaj oglądać w rezerwacie Łężczok, w lesie Obora czy w Rudach Raciborskich

Książę, goniąc w ślad za okazałym jeleniem, oddalił się zbytnio od swej kompani. Łowca gnany instynktem, dotarłszy aż nad brzeg Odry spostrzegł, iż zapadł zmierzch. Rozejrzawszy się wokoło uznał okolicę za nieprzyjazną. W całkowitym mroku nasłuchiwał wycia wilków i odgłosów ogromnych żubrów. Słyszał też obcy język, należący, jak przypuszczał do lokalnych rozbójników. Noc spędził na gałęziach wysokiego drzewa i przeklinał w duchu, że bezmyślnie zostawił towarzyszy w tyle. Gdy przeraźliwe odgłosy nie ustawały trwożnie przyrzekł Bogu, że jeśli przeżyje tę noc, wybuduje tutaj wspaniały gród, który będzie ostoją dla zbłąkanych myśliwych i wędrownych kupców. 

Rankiem Racibor szukając swych przyjaciół, spostrzegł, że okolica nie jest wcale tak straszna i brutalna jak zdawało mu się nocą. Las napawał go spokojem, a rzeka płynącą opodal nadawała mu uroku. Racibor znalazł swych druhów i opowiedział im o przygodzie. Kompani stwierdzili zgodnie, że słowa danego Bogu złamać nie można, tak więc w krótkim czasie przystąpiono do budowy warownego grodu nad Odrą, który stał się schronieniem dla wszelkich wędrowców, jak również rycerzy, książąt, a nawet królów. Zaś szajki rozbójników przepędzono w siną dal. 

Nadprzyrodzona moc Kolumny Matki Boskiej

Rynek w Raciborzu 1904

Kolumna Matki Boskiej stworzona została przez artystę Johanna Melchiora Österreicha, a ufundowana przez Karola Ludvika von Gaschin, który na mocy testamentu swej matki zobligowany był do sprzedania jej domu, na rzecz postawienia pomnika. Kolumna, stanowiąca wotum dziękczynne za ocalenie miasta przed chorobą, od niemal trzystu lat nieprzerwanie zdobi raciborski rynek i jest wizytówką miasta. Co ciekawe nie ma chyba mieszkańca Raciborza i okolic, który nie słyszałby o nadprzyrodzonych właściwościach tej późnobarokowej kolumny. Nie znalazłem dokładnie opisanych legend przesądów z nią związanych, lecz ustne opisy mieszkańców miasta, które rzecz jasna różnią się od siebie szczegółami, uważam za rzetelne źródło informacji w tej dziedzinie. 

W Internecie natrafiłem na opisy mówiące o rychłym końcu świata, który nadejdzie, gdy kolumna zostanie zniszczona. Warto dodać, że po zbombardowaniu miasta w 1945, które spustoszyło 80% kamienic wokół rynku, kolumna maryjna została na swoim miejscu.

 Najczęściej słyszy się o przesądzie mówiącym, że jakiekolwiek prace, naruszające bruk przy kolumnie doprowadzą do zalania miasta. Znaczna część mieszkańców znajduje powód wielkiej powodzi w 1997 roku w pracach archeologicznych w rynku w pobliżu kolumny, które rzeczywiście poprzedzały czas tej pamiętnej katastrofy. Niektórzy twierdzą, że pod kolumną ma się znajdować tajemnicze źródło lub ciek wodny, bezpośrednio połączony z Odrą. W wywiadzie przeprowadzonym w 2002 roku przez portal Nowiny.pl przeczytać możemy z relacji jednej z mieszkanek, że pod kolumną zakopane mają być szczątki nieznanego człowieka, bohatera, który doprowadził do opanowania zarazy, która dotknęła Racibórz. 

Jak wiadomo w każdej legendzie jest ziarnko prawdy także bacznie obserwujmy prace, odbywające się w ostatnich dniach przy owianej legendą kolumnie.

Krwawy obrus i chciwy kowal

Jedną z najpopularniejszych historii o duchach Raciborza jest ta o niesławnym kowalu imieniem Paszek, czy też Pasko, jak podają niektóre źródła.

 Był to wiek XV, młody Raciborzanin Paszek, stacjonował wówczas w Cieszynie na praktyce u tamtejszego mistrza kowala. Paszek był dobrym uczniem i miał fach w ręku, a ponadto zakochał się w córce mistrza. Pewnego dnia przechadzając się cieszyńskim rynkiem, natknął się na tłum. Gawiedź oglądała przeprowadzaną tam egzekucję. Skazaniec, na kilka chwil przed ścięciem rozpoznał wśród ludu Paszka, pamiętając, że kilka lat wstecz ten sam młodzieniec zakuwał go w kajdany po ujęciu przez strażników w Raciborzu. Zbój, który całe swoje życie kradł i zabijał, postanowił przed śmiercią odkupić swe winy. Poprosił sędziego o ostatnie, przedśmiertne życzenie. Poprosił o rozmowę z człowiekiem z Raciborza. Paszko, który był tam jedynym mieszkaniem tego miasta, wyszedłszy przed szereg podszedł do straceńca. Ten wyznał mu w tajemnicy, że w lesie zwanym Obora, między trzema starymi dębami, zakopane są karby rabowane przez lata. Prosił by oddał cały majątek na rzecz kościoła i zaklinał młodego kowala by ten niczego nie brał dla siebie, gdyż kradzione złoto miało być przeklęte.

 Paszko, jak to zwykle bywa w takich historiach, przywłaszczył sobie większą część majątku. Wziął sobie córkę kowala za żonę i razem z jej ojcem przeprowadzali się do Raciborza. Wedle legendy mieszkali na ul. Nowej, gdzie zamożny Paszko otworzył wraz z teściem kuźnię. Budynek stał w miejscu gdzie dzisiaj wznosi się dom handlowy Bolko. Żyli dostatnio i spokojnie, lecz pewnego razu, gdy Paszko przejeżdżał obok Obory, zagadnął go żebrak przyobleczony w łachmany. Oświadczył, iż wie skąd pochodzą jego bogactwa i żądał niemałej sumy pieniędzy za utrzymanie tajemnicy. Bohater naszej opowieści długo rozmyślał o tych wydarzeniach, aż zagadnął teścia, który doradził mu zabicie cudacznego żebraka.

 Paszko następnego dnia, spotkał się z żebrakiem i podając mu woreczek ze złotymi monetami, dźgnął go nożem między żebra. Kilka lat później jakiś mieszczanin znalazł w lesie szkielet z nożem w żebrach. Na rękojeści noża wyryte było imię zabójcy. Mieszczanin zaniósł nóż do zamożnego kowala, żądając wyjaśnień. Wedle legendy ceniony mieszkaniec miasta, Paszko kilka dni później umarł z szaleństwa i strachu. Od tamtej pory duch nieszczęsnego kowala miał co noc wychodzić z jednej krypt w kościele farnym i biczując się miał podążać w kierunku kolumny maryjnej. Tam rózgami i batami chłostały go inne duchy i zjawy. Po skończonej karze, przeklęty wracał do krypty. Kapłan każdego poranka znajdywał plamy ludzkiej krwi na obrusie okrywającym ołtarz. Duch opowiedział o swej klątwie pewnemu raciborskiemu więźniowi. Kara boska miała ustąpić gdy wdowa po kowalu i jej ojciec oddają wszelki majątek kościołowi, a końca swych dni dożyją w skrajnym ubóstwie. Tak też się stało, a były mistrz Paszka resztę życia spędził w klasztorze.


Legend i fantastycznych opowieści wędrujących po raciborszczyźnie jest bez liku, a co człowiek to inna wersja tej samej historii. Raciborska mitologia nadaje temu miejscu niesamowity klimat i pozwalają spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Dzięki ludowym przekazom poznajemy spojrzenie na świat naszych przodków. Pewne fakty historyczne nabierają nowego sensu, gdy zna się ozdabiające je legendy. Uważam, że poznawanie miejscowych historyjek i legendarnych podań powinno być obowiązkiem na lekcjach j. polskiego czy historii, natomiast cieszy fakt, że w przeszłości odbywały się spotkania tematyczne dotyczące tych zagadnień w Bibliotece Publicznej. Na kanale YouTube biblioteki, również można znaleźć podcast im poświęcony. Zachęcam wszystkich do poznawania i eksplorowania legend Raciborza i jego okolic i zaręczam, że nudzić się w tej materii nie sposób. Pielęgnowanie miejscowej tradycji buduje lokalną społeczność i jej świadomość, a przy tym może przynieść nie lada rozrywkę. Czytanie nieprawdopodobnych, tajemniczych i awanturniczych opowiastek o miejscach, którego ulicami codziennie się przechadza, ma w sobie coś magicznego.


Karol Powała

piątek, 31 października 2025

Wycieczka do Włoch

Dzień 1

Pod balkonem Julii w Weronie

Po długiej, nocnej podróży, powitał nas słoneczny, włoski poranek. Od początku byliśmy zachwyceni miastem. Szczególną uwagę zwracały kolorowe kamienice, tworzące typową włoską zabudowę. Jak się okazało nie musieliśmy jechać wcale do Rzymu, by zobaczyć przepiękną arenę zbliżoną wyglądem do Koloseum, ale co ciekawe starszą od niego. Przechodziliśmy i oglądaliśmy także liczne zabytkowe mosty zbudowane na Adydze, rzece, która przepływa przez miasto i okala jego najstarszą część. W czasie pobytu w Weronie mogliśmy się znaleźć na kilku placach, były to m.in. Piazza Bra, z areną werońską, Piazza dei Signori, z pomnikiem pisarza Dantego, Piazza delle Erbe, które jest forum miasta i na którym znajduje się pomnik, według legend przedstawiający Madonnę Weronę. Natomiast Torre dei Lamberti jest niewątpliwie bardzo rozpoznawalnym symbolem miasta, gdyż jest to wysoka, zabytkowa wieża zegarowa, z której rozpościera się piękny widok na całą Weronę. Pogoda tego dnia była bardzo udana, nie mogło zabraknąć włoskich lodów w czasie wolnym. Udaliśmy się także by zakosztować włoskiego jedzenia m.in. różnych rodzajów makaronów czy pizz. Przemierzając ciasne i kręte uliczki Werony zwróciliśmy także uwagę na różne sklepy, znajdujące się w centrum miasta. Jadąc autobusem już do miejsca zameldowania mogliśmy podziwiać kilka bram wjazdowych do miasta, pochodzących z różnych okresów historii. Wieczorem, o zachodzie słońca dojechaliśmy do hotelu, skąd mieliśmy piękną panoramę na włoskie szczyty.

Dzień 2

Motorówką po jeziorze Garda

Drugiego dnia spotkał nas cudowny wyjazd nad jezioro Garda, które jest największym jeziorem we Włoszech. Udaliśmy się najpierw na półwysep na jeziorze, gdzie zwiedziliśmy miasteczko Sirmione. Na początku powitał nas Castello Scaligero di Sirmione, czyli piękny i majestatyczny zamek tuż nad samą wodą, następnie przeżyliśmy wspaniały rejs motorówką po jeziorze, podczas którego opłynęliśmy z zawrotną prędkością cały półwysep. Po tych emocjach zwiedziliśmy resztę miasteczka i pochodziliśmy po jego urokliwych ulicach i placach. Po południu przejechaliśmy trasę tuż nad samym jeziorem do Malcesine. Tam zaskoczyła nas ilość małych lokalnych sklepików i kawiarenek. Mieliśmy także chwilę by posiedzieć nad samym jeziorem i popatrzeć na górskie szczyty dookoła jeziora. Kiedy słońce zaczynało już zachodzić wyruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu.

Dzień 3

Ulicami wyjątkowego Mediolanu

Trzeciego dnia naszej włoskiej eskapady z samego rana ruszyliśmy w kilkugodzinną trasę do Mediolanu. Naszym pierwszym punktem w mieście był XI - wieczny pałac rodziny Sforzów. Tam poznaliśmy między innymi ciekawe fakty z życia Bony Sforzy, królowej Polski. Następnie przeszliśmy słynnym deptakiem Via Dante, gdzie fani mody nie posiadali się z radości. Jednakże prawdziwe zatrzęsienie było dopiero w Galerii Wiktora Emanuela II, miejsce to obfituje w sklepy najdroższych marek. Architektura tego dobytku robi niezwykłe wrażenie, tak samo jak cały Mediolan. Później przeszliśmy Piazza del Doumo , na którym stoi od wieków potężna gotycka świątynia. Katedra Narodzin św. Marii w Mediolanie, jest zbudowana z marmuru, a jej fasady zdobi ponad 3400 rzeźb i posągów. Kościół jest jednym z symboli Mediolanu, co nie powinno dziwić, gdyż niewątpliwie wzbudza zachwyt, a liczba zdobień na zewnątrz, jak i w środku wręcz przytłacza. Zwiedzanie światowej stolicy mody zakończyliśmy na teatrze La Scala, gdzie najciekawsza była jego główną sala z majestatycznym żyrandolem, klimatycznymi lożami i ogromną sceną.

Dzień 4

Między morzem liguryjskim, a skalnymi klifami

Po wykwaterowaniu z hotelu wyjechaliśmy do miejscowości La Spezia, z której wsiedliśmy do słynnej kolejki jadącej przez Cinque Terre. Trzy miasteczka, które mieliśmy okazję zwiedzić tego dnia, a były to Riomaggiore, Manarola i Monterosso. Bez wątpienia te małe i urokliwe miasteczka chwyciły nas za serca. Majestatyczne nadmorskie miejscowości z pięknymi klimatycznymi zabytkami, kolorowymi kamieniczkami i cichymi uliczkami, były idealną odskocznią po tłocznym, choć równie pięknym Mediolanie. Plażowanie w Monterosso czy wieczorne siedzenie na skałach w Riomaggiore i oglądanie morskiego horyzontu ze zachodem słońca na zawsze zostanie w naszej pamięci. Po zakończeniu zwiedzania Cinque Terre ruszyliśmy w nocną drogę do Polski. 

Poniżej  znajduje się krótka fotorelacja z wycieczki ze zbioru prywatnego.








Paweł Pietrasz 3HJ