 |
Fot. R. Szczasny
|
Dżuma odebrała wszystkim siłę miłości, a
nawet przyjaźni, trzeba to powiedzieć. Miłość bowiem żąda odrobiny przyszłości,
a myśmy mieli tylko chwile. To smutne, a zarazem prawdziwe słowa doktora Rieuxa. Życie bez
przyszłości wydaje się egzystencją pełną strachu, pozbawioną bezpiecznego
oparcia w postaci dnia jutrzejszego. Przy czym warto zaznaczyć, że samo w sobie
słowo „przyszłość” jest pełne nadziei; ma optymistyczne zabarwienie, że jeszcze
„coś” będzie. Nam, do niedawna, przyszłość wydawała się rzeczą pewną. Jednakże
pandemia i wojna w Ukrainie, mocno zachwiały naszym poczuciem bezpieczeństwa i
pewnością jutra. Mnie osobiście na samym początku oba te wydarzenia wydały się
czystą abstrakcją. „Jak to pandemia? Jak to wojna? Rozgrywająca się na moich
oczach, tu i teraz…” myślałam w pierwszej chwili, uznając za niemożliwe to, o
czym później zazwyczaj czyta się w podręcznikach z historii.
W
sytuacjach zagrożenia abstrakcyjnych sytuacjach (takich jak pandemia czy wojna)
uwidacznia się nasz system wartości. Dopiero wtedy, postawieni pod murem,
jednoznacznie wybieramy jedną z dróg; jednoznacznie stwierdzamy „tak, to jest
dla mnie najważniejsze, o to chcę walczyć/to chcę chronić”. W warunkach
względnego bezpieczeństwa nie jesteśmy w stanie przewidzieć naszego zachowania
w sytuacji, która w danej chwili wydaje się abstrakcyjnej. Możemy jedynie
zakładać, jak moglibyśmy postąpić – nic poza tym. Gdyż tyle wiemy o sobie,
ile nas sprawdzono.
Często w ostatnich dniach zastanawiałam
się, jak postąpiłabym w wypadku wkroczenia do Polski wrogich wojsk. Czy
uciekałabym za granicę, czy jednak zostałabym w kraju pomimo realnego
zagrożenia? To niezwykle trudny do rozstrzygnięcia dylemat. Podjętej decyzji
nie należy w jakikolwiek sposób osądzać. W takiej sytuacji nie można mówić o
bardziej lub mniej patriotycznej postawie, albo o odwadze bądź tchórzostwie. To
nie jest takie proste, gdyż nie ma jednej łatwej drogi, jest tylko wiele
równoważnych możliwości. Przy czym wyróżniłabym jedną postawę bezwzględnej
walki o przetrwanie, którą osobiście uważam za negatywną. Mianowicie mam na
myśli próbę przeżycia cudzym kosztem (domyślam się, że i od tej
„reguły” znalazłby się jakieś „uzasadnione” wyjątki). Ratowanie swojego życia
za cenę istnienia innej, może niewinnej, osoby jest rzeczą, która w wielkim
stopniu do śmierci obciąża ludzkie sumienie. Nie chcę krytykować, a tym
bardziej osądzać osób, które przeżyły właśnie w ten sposób. Chcę tylko zaznaczyć, iż
w ogólnym rozumieniu nie jest to postawa godna podziwu.
Kiedy czujemy, że coś nam zagraża w
pierwszej chwili możemy mieć wrażenie, że jesteśmy bezradni wobec tego
zjawiska. Jednak już po kilku minutach (albo nawet i szybciej), gdy lawinę
czarnych scenariuszy mamy już za sobą, budzi się drzemiąca gdzieś wewnątrz nas siła. Nazwałabym ją pierwotnym instynktem –
wolą przetrwania. W tym momencie przyjmujemy różne postawy. Społeczeństwo
dzieli się na kilka podgrup o podobnym systemie wartości i liście priorytetów.
Jakie mogą być te postawy? Jest ich naprawdę bardzo wiele. Postaram się
przyjrzeć bliżej kilku z nich. Zaznaczam jednak, że to, co opiszę, będzie zaledwie drobną cząstką tego zbioru nieskończonych możliwości.
Zostaję i walczę
Życiem moim: Polska cierpiąca i walcząca. Wiarą moją: Polska zwycięska i
tryumfująca. To jeden z punktów katechizmu Szarych Szeregów, w który wierzyli i za który
umierali bohaterowie Kamieni na szaniec. W dzisiejszych czasach ci
warszawscy harcerze wydają się nam jeszcze bliżsi niż wcześniej. Wojna zastała
ich, kiedy mieli te 18-naście lat, kiedy planowali swoją przyszłość i chcieli
pójść na studia. Dzisiaj też 18-latkowie na Wschodzie
uczą się, jak posługiwać się bronią. Jak zabijać bądź bronić się, strzelając z
prawdziwego pistoletu. To już nie jest gra komputerowa, którą zawsze można
zacząć od nowa - to życie.
Zostanie w
mieście okupowanym przez wrogie wojska wiązało się z życiem w nieustannym
strachu. Niektórzy zostali, bo nie mogli wyjechać. Inni z kolei zostali, bo nie
chcieli opuszczać znanych sobie domów, ulic, ludzi. Jeszcze inni zostali, bo
chcieli walczyć, bo wręcz uważali, że taka postawa jest ich obowiązkiem.
Właśnie
walka. Walka… Nie lubię tego słowa, już samo w sobie zawiera coś złowrogiego.
Walka, choć w pierwszej chwili kojarzy się z przemocą, wcale nie musi się do
niej sprowadzać. Można walczyć piórem albo na przykład w Małym Sabotażu, który organizował akcje
dywersyjne pozbawione rozlewu ludzkiej krwi. Podtrzymywanie niepodległościowego
ducha społeczeństwa tuż pod okiem czujnego wroga wymaga takiej samej odwagi, co
udział w wielkiej bitwie. Dlatego, że i w jednym i w drugim przypadku ryzykuje
się tym samym: swoim życiem.
Dywersyjne
akcje Polskiego Państwa Podziemnego zapisały się już trwale na kartach
historii. Każdy z nas zna z podręczników popularne hasła i symbole rysowane
pospiesznie na murach. Choćby znak Polski Walczącej narysowany na pomniku
Lotnika (tuż obok alei Szucha) przez Rudego. Cokół z kotwicą przetrwał tam
dłużej niż Jan Bytnar, dłużej nawet niż sama wojna…
Po pewnym
czasie wielu członków Wawru dołączyło do Armii
Krajowej. W niej stali się żołnierzami, którzy (gdy
była taka możliwość) walczyli z bronią w ręku. Alek miał wątpliwości. Nie chciał
zabijać ludzi, nawet jeśli oni bez wahania zabiliby jego. Czas wojny jest
bezwzględny – trzeba zabijać agresora, by samemu móc żyć.
Trudno mi
sobie wyobrazić, jak ciężko jest
pociągnąć za spust. Patrzeć, jak kula trafia wroga w pierś - może tuż obok schowanego pod mundurem
zdjęcia ukochanej kobiety. Obserwować, jak powiększa się plama ciemnej krwi. Słyszeć ostatnie urywane oddechy, a
później… już nic.
Zdecydowana
większość ludzi nie chce zabijać. Jednakże decydują się na to niejako wbrew
sobie, po to, aby chronić siebie, bliskich, w końcu zaatakowaną Ojczyznę.
Przymus zabijania, przemocy – oto kolejny wymiar ich poświęcenia.
Wspomniałam
o bohaterach Kamieni na szaniec. Kilka lat temu widziałam ich imiona i
nazwiska wyryte na tabliczkach przytwierdzonych do prostych brzozowych krzyży
na Powązkach. Leżą tam, unieśmiertelnieni przez naszą pamięć i swoją postawę –
zawsze wierni Tobie, Polsko.
Ukrywam się
Niewiele
może zabrać ze sobą do nowej kryjówki. Władysław Szpilman ucieka z getta warszawskiego
tuż przed rozpoczęciem powstania. Po aryjskiej stronie ukrywają go dawni
znajomi. W dwudziestoleciu międzywojennym był znanym pianistą – sława działa na
jego korzyść, gdyż powiększa krąg towarzyskich koneksji. Pierwszą noc poza
murami getta spędza ukryty za przesuwaną szafą. Następnie znajomy przenosi go
do pustego mieszkania, z którego nie może wychodzić. To on co jakiś czas
przynosi mu jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Po pewnym czasie Szpilman musi
się przenieść do nowej kryjówki – ta usytuowana jest w „jaskini lwa”, tuż obok
posterunku wroga.
Szpilman
obserwuje za oknem walki toczone pod drugiej stronie muru. Tak naprawdę on sam
nigdy nie jest do końca bezpieczny. W każdej chwili jego kryjówka może zostać
wykryta. Od wielu miesięcy żyje w nieustannym strachu. Czy strach może kiedyś
spowszednieć? Nie wydaje mi się. Strach jest raczej jak krwiożercze zwierzę,
które nigdy w pełni się nie nasyci.
Epicentrum
ukrywania się Szpilmana następuje w trakcie trwania powstania warszawskiego oraz
tuż po jego zakończeniu. Wówczas obok strachu, towarzyszy mu jeszcze nieustanny
głód i pragnienie. Jutro, a także zbliżający się koniec wojny, nie wydają mu
się w żadnym wypadku pewne.
Podobny do
Władysława Szpilmana los spotkał setki ludzi. Chociażby w czasie bitwy o Anglię
ludność ukrywała się w londyńskim metrze. W metrze nie ma przecież warunków do
godnego życia, a jednak musiało im ono wystarczyć – musi wystarczać i
dzisiaj…
Myśląc o
kryjówkach dających schronienie ludziom nie mogę zapomnieć kilku scen z Listy Schindlera Stevena Spielberga.
W czasie likwidacji krakowskiego getta część ludzi ukryła się w różnych
miejscach. Jedni schowani byli na przykład w szafkach, a inni wisieli
przyczepieni pasami pod łóżkami. Pamiętam kadr, jak oprawcy podnoszą właśnie
jedno z takich łóżek… Pod nim ukrytych było kilka osób. Wszystkich bez
zastanowienia rozstrzelano.
I jeszcze
jedna scena z tego samego filmu z obozu w Płaszowie. Pewnego dnia w obozie ma miejsce następna selekcja
więźniów. Część dzieci ukryła się w przeróżnych miejscach z obawy przed
oprawcami. Przez kilka ujęć śledzimy losy małego chłopca, który rozpaczliwie
szuka kryjówki. Zagląda do wielu tajnych schowków, ale tam nie może się
schować, bo jest już w nich pełno dzieci. Ostatecznie wślizguje się do
prymitywnej ubikacji. Przechodzi przez okrągły otwór i wpada do morza
nieczystości. Jak się okazuje nawet w tym miejscu ukrywa się już kilkoro
dzieci…
Popełniam samobójstwo
Virginia i
Leonard Woolfowie postanowili, że wypadku wkroczenia do Anglii wrogich wojski,
popełnią samobójstwo. Leonard był z pochodzenia Żydem, więc w okupowanym kraju
groziłoby mu realne niebezpieczeństwo. Jednak ich wspólna śmierć nie była nigdy
konieczna – Anglicy odparli atak nieprzyjaciela.
Ale Anglia
była pod tym względem wyjątkiem. W czasie powstania w getcie warszawskim Niemcy
otoczyli bunkier przy ulicy Miłej 18, w której stacjonowało dowództwo
Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wówczas, 8 maja 1943 roku, przywódcy buntu
popełnili zbiorowe samobójstwo, nie chcąc dostać się w ręce wroga.
W tym czasie wielu, wielu ludzi w obliczu
zagrożenia złapania przez okupanta postąpiło identycznie. Strach przed torturami, zbezczeszczeniem ciała i
innymi rzeczami był u nich silniejszy od czegokolwiek innego. Może śmierć była
dla nich ulgą, a może koniecznością…
Krzyczę: ja tu jestem i cierpię
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
[…]
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.
Obojętność.
Zapomnienie. To przykre słowa w kontekście ludzkiego cierpienia. Ci, którym
dzieje się krzywda, często chcą być zauważeni. Pragną pomocy, sprawiedliwości. Wspomniane
salwy za murem getta miały właśnie zaznaczyć ludzie cierpienie „po
drugiej stronie”.
W
psychologii w trudnych sytuacjach związanych np. z wojną, wyróżnia się trzy
etapy ludzkiego zachowania. Pierwszym etapem jest strach wobec nowej sytuacji i
czającego się w niej zagrożenia. Drugim jest altruistyczna postawa, nierzadko
pełna entuzjazmu. Z kolei trzecim etapem jest obojętność. Kiedy przyglądam się
pandemii z perspektywy czasu, widzę że te trzy etapy trafnie opisują
rzeczywistość. Obecnie jesteśmy już na ostatnim z nich – pandemia nam w pewien
sposób zobojętniała.
Obawiam się właśnie takiej postawy wobec
wojny w Ukrainie. Teraz ludzie są zmotywowani, bezinteresowni, ale jeśli konflikt
potrwa dłużej ten entuzjazm może opaść. Społeczeństwo będzie coraz bardziej
zmęczone, a tląca się nadzieja na zakończenie działań zbrojnych będzie powoli
przygasać.
Boję się zobojętnienia ludzkich serc na
barbarzyństwo po drugiej stronie granicy. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie
dojdzie. Ale jednak, już ta myśl sama w sobie boli i przeraża. Dlatego niech krzyczą głośno ci, których dotyka okrucieństwo. Niech krzyczą tak
głośno, żebyśmy my, pomimo zasłoniętych uszu, byli w stanie ich usłyszeć.
Pomagam
Obecnie
możemy zauważyć fale bezinteresownej pomocy płynącej do Ukrainy. Udzielanie
pomocy w obliczu zagrożenia to postawa godna podziwu – heroizm wrażliwego
serca. Pod tym względem na razie jako naród zdajemy egzamin z
człowieczeństwa.
Obecnie zaatakowane miasta po wschodniej
stronie naszej granicy przypominają zakażone przez zło tereny, na których
zbombardowane budynki i zmarli są symbolami destrukcji moralnej. Gdzieś tam,
pośród tych zgliszczy, walczą dzielnie bojownicy o wolność. Wobec tego ogromu
cierpienia może się wydawać, że my, zwykli śmiertelnicy, nie jesteśmy w stanie
zrobić zbyt wiele. Jednak oprócz wsparcia modlitewnego, finansowego i
materialnego, możemy uczynić coś jeszcze. Możemy po prostu pięknie żyć. Doktor
Rieux mówi, że jedynym sposobem walki z dżumą jest uczciwość. Uczciwość w
moim wypadku polega na wykonywaniu zawodu.
Nawet jeśli nie jesteśmy z zawodu doktorami, sanitariuszami, czy żołnierzami,
możemy starannie wykonywać nasze obowiązki z nadzieją, że poświadczą one o
wartościach i moralności, których należy z całej siły bronić, zwłaszcza w
dzisiejszych czasach.
Pomagam - to piękna postawa wobec
zagrożenia, dostępna dla wszystkich bez wyjątku. Pomagając, dajemy coś innymi i sami przy tym otrzymujemy radość. Radość z bycia po
prostu dobrym człowiekiem. Bo w tym ogromnym morzu beznadziejności należy
zachować się godziwie – to właśnie czyni nas ludźmi, nie nasze DNA.
Joanna Brzenczka
Chcę podkreślić, iż te dwie
postawy nie zawsze są ze sobą tożsame. Czasami zostanie „na miejscu”
wiąże się z podjęciem walki, czasami zaś nie, gdyż jest podyktowane innymi
przyczynami.
Aleksander Kamiński Kamienie na szaniec, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1999.
W tym tekście nie porównuję
II wojny światowej do obecnego konfliktu w Ukrainie. Pragnę jedynie zauważyć
kilka analogii właściwym dla wszystkich wojen.
Jak pisze Aleksander
Kamiński: jednym z głównych zadań Małego Sabotażu było oddziaływanie na własne społeczeństwo, przyprowadzanie do porządku kanalii, uczenie ludzi o małym wyrobieniu obywatelskim rozumu, upowszechnianie haseł walki cywilnej. Patrz przyp. 6.