Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ad operam! #14. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ad operam! #14. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lipca 2022

Za kulisami krakowskiego teatru [ROZMOWA Z KATARZYNĄ SŁOWIAK]

Charakteryzacja autorstwa K. Słowiak.

            Pięć lata temu skończyła Liceum Plastyczne. Po szkole nie była pewna, co chciałaby dalej robić w swoim życiu, ale ostatecznie poszła za głosem serca i wybrała charakteryzację. Teraz pracuje w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i przygotowuje do występów na scenie wiele polskich gwiazd.

Absolwentka Liceum Sztuk Plastycznych, Katarzyna Słowiak, wybierze się dzisiaj z nami w krótką podróż do przeszłości i podzieli się swoimi wspomnieniami z liceum. Opowie nam także o swojej pracy oraz zawodzie charakteryzatora. Zapraszamy do lektury! 

Z Katarzyną Słowiak m.in. o wspomnieniach z LP, pracy w teatrze i Szkole Charakteryzacji rozmawia Joanna Brzenczka:

Czy pamiętasz, dlaczego kilka lat temu zdecydowałaś się na naukę w Liceum Plastycznym? To był ryzykowny krok, rodzice odradzali mi pójście do tej szkoły. Ale już wcześniej poznałam jedną z nauczycielek LP, panią Habrom-Rokosz. Kiedy byłam w gimnazjum brałam udział w projekcie pani Habrom-Rokosz i wówczas w jakiś sposób zaraziła mnie swoją wrażliwością, swoim patrzeniem na świat, magią, którą widzi w codzienności. I to mnie zachęciło, że jest tym nauczycielem, że ma taką ogromną pasję.

Pani Habrom-Rokosz była pierwszą osobą, przy której poczułam prawdziwą pasję tworzenia. Poczułam, że to nie są jakieś puste zdjęcia, że mogą nieść za sobą coś więcej. Już na egzaminach wstępnych wiedziałam, że nauczyciele, którzy pracują w tej szkole, mają w sobie pasję i głód, żeby wiedzieć, umieć więcej i żeby dobrze swoje umiejętności przekazywać innym.

Moim powodem pójścia do LP, było również to, że moja babcia miała ogromny talent plastyczny, ale nie mogła iść do takiego liceum, więc stwierdziłam, że zapiszę się do tej szkoły i może wykorzystam tę niezrealizowaną szansę, i pójdę w jej ślady. Nie widziałam też dla siebie innego miejsca, w którym mogłabym odnaleźć się tak, jak w Liceum Plastycznym -  zawsze coś mnie tam ciągnęło.

Malowałaś już wcześniej, czy dopiero krótko przed szkołą zainteresowałaś się tym na dobre?

Malowanie towarzyszy mi praktycznie odkąd pamiętam. Pamiętam, że kiedy moja mama chciała mieć spokój i trochę odpocząć, to dawała mi do rysowania kredki. I mnie już nie było. Przenosiłam się do zupełnie innego świata. Później opowiadałam wszystkim, co dzieje się na rysunku, który stworzyłam, co się dzieje w mojej wyobraźni.

Tworzenie zawsze było dla mnie bardzo ważne. Malowanie regulowało moje emocje. U mnie nigdy warstwa słowna nie była tą dominującą, tylko jej wizualny odpowiednik. Prace tworzyły mój kontakt ze światem, były przełożeniem wszystkich emocji, które miałam w sobie.

Współuczestniczenie w tworzeniu sztuki było dla mnie bardzo ważne również dlatego, że, czy odczuwałam smutek, czy radość, to zawsze łatwiej było mi przekazać to przez rysowanie, malowanie, rzeźbienie, robienie zdjęć… To od zawsze było moim medium, które pomagało mi skonfrontować się z rzeczywistością. Kiedyś nie byłam taką otwartą czy ekstrawertyczną dziewczyną. Raczej wspominam, że przez część swojego życia byłam bardzo cichą osobą. To właśnie plastyka pozwalała mi oderwać się od rzeczywistości, która tak mocno mnie przytłaczała i tłamsiła.

Na jakim kierunku byłaś w LP?

Praktycznie na grafice, ale to fotografia była bliższa mojemu sercu. Kiedy szłam do szkoły nie byłam pewna do końca „z czymś się je” tę całą grafikę. Dopiero w liceum poznawałam, jakie cuda można osiągnąć posługując się różnymi technikami np. przy tworzeniu odbitek w grafice warsztatowej. W dzisiejszych czasach bardzo ważną dziedziną w tym zakresie jest grafika komputerowa. Tak więc dopiero w szkole uświadomiłam sobie, jak to do końca wygląda i… to mnie w jakiś sposób zafascynowało. W ostatnim czasie próbuję wrócić do tych wszystkich dziedzin.

Grafika w Liceum Plastycznym w pewien sposób nakierowała mnie na to, co teraz robię i z czego mam frajdę. Teraz projektowanie odbywa się poza moim głównym zajęciem, jest moim hobby.  

A czy te umiejętności, które wyniosłaś ze szkoły, przydają Ci się w Twojej pracy?

Tak, na pewno część tych umiejętności teraz wykorzystuje. Na przykład zainteresowanie twarzą czy w ogóle przedstawieniem człowieka wzięło się ze szkoły, głównie z zajęć z panią Kwiotek. Na lekcjach historii sztuki pani w taki sposób przedstawiała tematy, że siedzieliśmy wszyscy jak oczarowani. Historie, które kryły się za obrazami, nawet portretami, zaczęły mnie inspirować. Nagle to twarz stała się tym tematem, który zaczął mnie tak mocno pociągać. Obecnie to właśnie na niej głównie skupiam się w pracy zawodowej. Pracuję bardzo dużo z człowiekiem i wykorzystuje to wszystko, czego nauczyłam się w liceum.

Jak wspominasz lata spędzone w Liceum Plastycznym?

Trudne pytanie, bo osobiście był to dla mnie ciężki czas. Ale było mi dużo łatwiej, dzięki osobom o podobnej wrażliwości i spojrzeniu na świat, które spotkałam w szkole. Dobrze wspominam to, że motywowaliśmy się nawzajem i tworzyliśmy atmosferę przyjazną do wzrostu. I nie powiem, tęsknię bardzo za tymi czasami, bo to wtedy zdobyłam najwięcej znaczących dla mnie przyjaźni. Myślę, że będziemy mieli kontakt do końca życia, gdyż przez to, że razem wzrastaliśmy i mamy tyle wspólnych doświadczeń, to połączyło nas na stałe. Często wracam myślami do tego, co było i raczej w mojej pamięci dominują pozytywne wspomnienia – wracam myślami do tych chwili, które mieliśmy okazje tworzyć razem.

Z tego co mówisz, to miałaś wspaniałą klasę.

Trzeba przyznać, nasza klasa nie zawsze była super zgrana, ale raczej byliśmy taką grupą przyjaciół, którzy rozumieli się i nawzajem dopełniali. Każdy z nas był w czymś innym dobry, więc nie było między nami zazdrości. Wszyscy się czegoś od siebie uczyliśmy, wszyscy mieliśmy troszkę inne patrzenie na to, co się dzieje. Dzieliliśmy się opiniami o naszych pracach. To było bardzo budujące doświadczenie, które wpływało na nasze życie.

W życiu młodego człowieka, w okresie buntu, dorastania, popadanie w  złe towarzystwo czy niedobre wpływy mają decydujące znaczenie. Nie trudno w tym czasie wpaść w chaos. W Liceum Plastycznym mieliśmy okazje dorastać w bezpiecznym środowisku, które zapewniało nam wzrost i pozwalało rozwijać się. Zdobywaliśmy nowe umiejętności, poznawaliśmy inne techniki plastyczne… Bardzo dobrze to wszystko pamiętam, więc nawet trudno mi o tym mówić w czasie przeszłym. Z koleżankami i z kolegami z klasy nadal mamy kontakt. Piszemy ze sobą, telefonujemy albo spotykamy się w Raciborzu, kiedy tutaj przyjeżdżamy, bo chyba już po prostu nie umiemy bez siebie żyć.

To naprawdę wspaniale. Tym bardziej, że mieliście okazję uczyć się stacjonarnie przez te wszystkie lata. Dobrze, że Tobie udało się te jedne z piękniejszych lata naszej młodości, czyli czas licealny, spędzić w realnym świecie… A powiedz mi, jak z perspektywy czasu patrzysz na to, co dała Ci nauka w LP i uzyskany dyplom?

Na pewno nauka w  szkole plastycznej otwiera oczy. W prosty sposób budzi ciekawość w człowieku, tak że zaczyna on czerpać z bardzo wielu rzeczy, których dotychczas nie zauważał. Również wyostrza się nasza spostrzegawczość – od tej pory postrzegamy rzeczywistość w inny sposób. W szkole byłam trochę otoczona przez takich szaleńców… ale dzięki temu lepiej odnajduje się dzisiaj w środowisku artystycznym, w którym pracuję, bo w jakiś sposób przywykłam do chaosu i luźnych zasad.

Umiejętności, które zdobyłam podczas nauki w szkole na pewno pomagają mi w mojej obecnej pracy. Szczególnie patrzenie na twarz człowieka, na jego wyjątkowe cechy wyniosłam z lekcji historii sztuki, rysunku i malarstwa. Natomiast uzyskanie dyplomu nie było tą najważniejszą rzeczą, która mnie w szkole spotkała. Jednak dyplom dodał mi dużo pewności siebie, uświadomił, że warto pokazywać swoje prace i nie wstydzić się tego, co się stworzyło. Pozwolił mi również przedstawić efekt swojej pracy, bo za każdym rysunkiem, zdjęciem stoi jakaś koncepcja. Nie trzeba się jej wstydzić, gdyż ta wrażliwość to jest coś, co nas tworzy.      

Zgadzam się bez dwóch zdań. A powiedz mi, bo jeszcze nie zapytałam, kto był Twoim wychowawcą?

O, moim wychowawcą… to jest ciekawa sprawa, bo my w ogóle twierdziliśmy, że mamy dwóch wychowawców. Mieliśmy dwóch umiłowanych nauczycieli i jak się coś działo, to zawsze mogliśmy na nich polegać. Był to pan Janusz Nowak, polonista, i pani Katarzyna Kwiotek, która była naszą wychowawczynią z wyboru. Sami sobie ją obraliśmy, bo zawsze była dla nas bardzo ciepłym człowiekiem. Kimś, kto wysłuchał naszych problemów, kimś, kto nam doradził, kimś, kto miał bardzo dużo współczucia. I jako że nasza klasa była bardzo wrażliwa (była skupiskiem ludzi, którzy byli jeszcze bardziej niż inni wrażliwi na środowisko, w którym przebywali), to pani zrozumienie dawało nam dużo otuchy. Naprawdę bardzo dobrze się czuliśmy, kiedy pani Kwiotek była w pobliżu i potrafiłam nam doradzić, pocieszyć nas i tak po prostu stworzyć dobrą atmosferę.

Z kolei pan Nowak wzbudził w nas mnóstwo ciekawości, bo był osobą oczytaną i to obcowanie wzmagało nasz apetyt na to, żeby jeszcze więcej czytać, jeszcze więcej umieć. Prowadziło to, do samodoskonalenia, do sięgania po następne dzieła literackie. Przyznam, że do teraz to we mnie zostało. Pan Nowak był nauczycielem, który w jakiś sposób miał wpływ na moje życie. Może nie zawsze zgadzałam się z pana zdaniem na jakiś temat, ale myślę, że to właśnie dzięki panu wróciłam do czytania bardzo dużej ilości książek. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez czytania i bez głodu pogłębiania swojej wiedzy.

Niewątpliwie świat bez czytania książek były strasznie smutny i trudno go sobie wyobrazić.

Dokładnie tak – tym bardziej w czasie pandemii. Był taki smutek, że bez książek to chyba człowiek by się załamał do końca.

Również jestem wielkim molem książkowym, od zawsze tak było… No dobrze skończyłaś szkołę. W końcu nadeszła matura i wybór kierunku studiów… Powiedz, jak dalej potoczyła się Twoja droga życiowa?

Właściwie, jak skończyłam szkołę, to byłam szczerze załamana, bo nie wiedziałam, co chce dalej robić. Ale wbrew pozorom wszystko bardzo szybko się potoczyło.

Już w szkole interesowałam się makijażem, fryzurami, sztucznymi ranami, efektami specjalnymi, malowaniem po ciele, robieniem animacji. Początkowo byłam załamana, bo nigdzie nie zaaplikowałam na studia, więc zrozpaczona myślałam, że zmarnuje rok swojego życia, ale znalazłam Szkołę Charakteryzacji i stwierdziłam, że to jest to, co chce robić. Nie ma studiów o takim kierunku. Jest scenografia, ale na niej nie ma charakteryzacji w takim stopniu, w jakim chciałam się jej nauczyć. Właśnie dlatego, kiedy Szkoła Charakteryzacji pojawiła się na horyzoncie, stwierdziłam, że to jest to, co będę robiła. Z perspektywy czasu wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji, które podjęłam w życiu. Od razu jak poszłam do tej szkoły, to złapałam bakcyla, od razu pani dyrektor wyciągnęła mnie z grupy. Byłam już cała spanikowana, myślałam, że sobie nie radzę, że po prostu chce mnie wyrzucić ze szkoły. A pani dyrektor powiedziała, że da mi lepsze praktyki. Na tych praktykach zostałam zauważona i dzięki temu już od ponad pięciu lat pracuję w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

A ta szkoła policealna była w Krakowie?

Dokładnie tak. Szkoła Charakteryzacji wówczas była w budynku Telewizji Polskiej, co podnosiło prestiż. Co więcej, kiedy przebywało się tam, to można było spotkać wiele gwiazd. Widziałam na przykład Mitchella Moreau, Magdę Gessler, Michała Szpaka czy Margaret. Takie gwiazdy jak oni przewijali się gdzieś na korytarzu, kiedy my szliśmy w jakieś dziwnej charakteryzacji elfa czy odjechanym makijażu z brokatem.

Teraz mam przyjemność uczyć również w tej szkole. Zostałam zauważona przez panią dyrektor, która powiedziała mi, kiedy kończyłam szkołę, żebym czekała na telefon i… się doczekałam. Czerpię dużą satysfakcję z uczenia. Liceum Plastyczne dało mi wiedzę na temat tego, jak powinny wyglądać korekty i jak najlepiej pomóc uczniom, których teraz szkolę. W jakiś sposób staram się przekładać te wszystkie rzeczy, które uważam za dobre, budujące. Staram się zarażać ludzi tym, co już dostałam - tą wrażliwością, która została we mnie wszczepiona w Liceum Plastycznym; staram się przekazać dalej tą dobroć.

Charakteryzacja autorstwa K. Słowiak.

Równocześnie z nauką w tej szkole podjęłaś pracę w Teatrze Słowackiego?

Tak, to było w tym samym czasie i strasznie trudno było to pogodzić. Jednak nauczyłam się w liceum, że często trzeba być multifunkcyjnym i potrafić rozdzielić uwagę pomiędzy wieloma przedmiotami.

Miałam bardzo mało czasu. Rano chodziłam na zajęcia, a popołudniami malowałam aktorów do spektakli. W teatrze zostałam wrzucona na głęboką wodę. Trafiłam do zespołu, w którym byli pracownicy, którzy zajmują się charakteryzacją już od dwudziestu, a nawet pięćdziesięciu lat. Pamiętam, że wtedy musiałam się bardzo dużo nauczyć i wspominam ten okres jako bardzo intensywny czas w moim życiu.

Możesz zdradź nam kulisty swojej pracy? Zresztą już sam budynek teatru jest piękny, wygląda jak mały pałac. Miałam okazję kiedyś być w nim na spektaklu.

Tak, jest eklektyczny. A na jakim spektaklu byłaś?

Wiesz, to było jakieś cztery lata temu i podajże ten spektakl nazywał się „Arszenik i stare kroniki”?….

Koronki.

O tuż to! Nigdy nie była pewna, czy były to „koronki” czy „kroniki”…

To wiem. Przepiękne stroje były w tym spektaklu.

O tak, takie jak z lat sześćdziesiątych… Czy już wtedy miałaś okazje ucharakteryzować aktorów?

To jeszcze nie był mój spektakl. Natomiast już wtedy gdzieś pałętałam się po korytarzach teatru i mogłam podglądać pracę aktorów, którzy nie tylko występują na deskach teatralnych, ale też przewijają się w telewizji. Kiedyś jak widziałam na korytarzu pana Andrzeja Grabowskiego albo jakąś inną gwiazdę znaną z popularnych seriali czułam lęk, ale później okazało się, że są to zwyczajni, sympatyczni ludzie. Mam teraz okazję pracować przy różnych projektach, sesjach zdjęciowych czy kampaniach reklamowych, więc już się oswoiłam ze spotykaniem sławnych osób. Zrozumiałam, że są to po prostu ludzie, którzy chcą, aby traktować ich właśnie po ludzku i podchodzić do nich tak samo jak do innych – ze szczerością i poczuciem humoru.

No tak. To w końcu, można powiedzieć, normalni ludzie o niezwykłych umiejętnościach.

Dokładnie tak. To ludzie o ciekawych charakterach, mający swoje dziwactwa (tak jak każdy), których nie widać na ekranie telewizyjnym czy na scenie, a które ujawniają się w prawdziwym życiu. To pasjonujące podglądać ich w pracy i poza nią, tak że widzi się ich obie twarze i można dostrzec, kiedy grają, a kiedy są naprawdę sobą. 

Załóżmy, że dzisiaj jest spektakl w teatrze. Powiedz jak wyglądają wszystkie przygotowani za kulisami?

Trzeba zacząć od tego, że przygotowania zaczynają się już od rana. 

Czyli jeśli spektakl jest o godzinie dziewiętnastej, to od samego rana już trwają przygotowania?

Tak. Żeby powstał spektakl, trzeba przygotować w pracowni kosmetyki, peruki, sztuczne włosy, tresy (dopinane włosy), wąsy itp. Trzeba również zorganizować wszystkie akcesoria niezbędne do zmycia makijażu, charakteryzacji po występie, a więc płyn micelarny, waciki, chusteczki… Po tych przygotowaniach mamy przerwę na obiad i wracamy do teatru wieczorem.

Ogólnie mówiąc, to nie jest taka prosta sprawa. Na przykład są spektakle, w których gra dwadzieścia osób i wszystkich musimy ucharakteryzować w przeciągu dwóch godzin. W teatrze trzeba pracować naprawdę szybko. Każdy ma swoją wyznaczona godzinę, na którą przychodzi i nie może być żadnego poślizgu, bo wtedy następna osoba musiałaby czekać. Przeważnie robi się tak, że jedna osoba np. maluje aktorkę, a druga czesze i wtedy dużo szybciej postępuje praca.

Myślę, że odkąd zaczęłam pracę w teatrze, bardziej oswoiłam się z pracą pod presją czasu i również potrafię szybciej niż kiedyś ucharakteryzować daną osobę.

A maluje się wszystkich zarówno panie jak i panów?

To zależy akurat od sceny teatru, koncepcji scenografa i potrzeb. Najczęściej widownia jest w takiej odległości, że panowie bardzo często po prostu decydują czy wolą mieć makijaż korygujący, czy też nie. Zazwyczaj np. jak  ktoś się  czerwieni, to prosi żeby nałożyć trochę podkładu, aby to zatuszować. Podobnie, kiedy jest jakaś niedoskonałość skóry. Chyba, że akurat potrzeba jakiejś specjalnej charakteryzacji i wtedy właśnie wykonujemy rany, postarzanie czy bodypaintingi.

W ostatnim czasie, z czego ogromnie się cieszę, coraz większą popularność zyskują także makijaże drag queen, polegające na zmianie płci aktora.  Myślę, że łączy się to z rozwijaną obecnie nauką o genderze. Dlatego że sztuka porusza tematy, które są ważne we współczesnym świecie, a teatr jest i zawsze był lustrem rzeczywistości, który odbija wszystko, co się dzieje.

Co więcej charakteryzacja jest zupełnie inna niż była kiedyś. To już nie są ciężkie, mocne, typowe teatralno-operowe makijaże, jak często się o tym myśli. Teraz makijaże są bardziej estradowe, bo bardzo często w spektaklach uczestniczą  kamery, które na przykład przerzucają obraz na duży rzutnik, na którym widać każdy detal skóry, każdą niedoskonałość. Również przez to makijaże są delikatniejsze niż kiedyś. 

Co najbardziej lubisz charakteryzować?

Na pewno oko jest takim… zwierciadłem duszy. Natomiast w charakteryzacji chyba najbardziej bawi mnie to, że można sobie pozwolić na taką zabawę światłem i cieniami, żeby nawet samymi brązami stworzyć zupełnie inną osobę, zupełnie zmienić jej charakter. Można dorobić zmarszczki, wygładzić cerę… Te transformacje i transgresje, to coś, co mnie najbardziej interesuje w tej dziedzinie. Także fascynuje mnie obserwacja tego, jak charakteryzacja wpływa na zachowanie człowieka. Zupełnie inaczej zachowuje się aktor/aktorka przed i po charakteryzacji. Chyba najciekawszą rzeczą jaką mnie spotkała było robienie body paintingu jednej aktorce na Krasawice - była cała wymalowana, miała soczewki i wyglądała bardzo strasznie. Pamiętam, że jak do nas przychodziła, to była normalną, słodką dziewczyną, taką jak zawsze, a jak wychodziła, to zaczynała poruszać się tak jak na scenie. To nie było udawane, ona w tej charakteryzacji widać było, że w pełni wchodzi w rolę, którą za chwilę miała grać. To było dla mnie bardzo ważne przeżycie, kiedy widziałam tę transformację, to jak rzeczywiście moja praca pomaga aktorom lepiej wczuć się w rolę i dopełnia całe przedstawienie.

Czy w czasie przerwy, bo wiele spektakli ma w środku przerwę, również dokonuje się jakiś poprawek?

Mogę zdradzić, że za kulisami jest większy chaos niż na scenie. Musimy być gotowi na szybkie zmiany, żeby jeden aktor mógł grać na przykład kilka postaci. Więc czasem mamy np. pięć czy trzy minuty na przemalowanie i przebranie aktora. Przeważnie przerwa jest wykorzystywana na zmianę charakteryzacji, garderoby aktora czy scenografii na scenie. Wszystko jest przemyślane tak, żeby przez ten czas uporać się ze wszystkimi technicznymi elementami. Przerwa jest również dla widza, ale za kulisami… cóż w tym momencie praca wrze. 

Czy za kulisami masz okazje przyglądać się wystawianym spektaklom? Czy może jesteś zbyt zajęta swoją pracą, by jeszcze podpatrzeć, co dzieje się na scenie?

Mam swoje ulubione spektakle i często jak mam zmianę w czasie spektaklu, żeby coś podać albo podmalować, to wtedy mogę podglądać przedstawienie. Są też spektakle, podczas których nie ma zmian, wtedy mogę iść obejrzeć cały spektakl. To dla mnie super okazja do obcowania z kulturą, do podglądania aktorów, których codziennie spotykam, rozmawiam z nimi, a którzy na scenie są zupełnie innymi postaciami. Mam także swoje ulubione momenty w spektaklach, na które schodzę i oglądam je zza kulis, bo dają mi niesamowicie dużo frajdy i są takimi moimi własnymi przeżyciami, które przechowuję w sercu; to daje mi też takie poczucie sensu tej pracy.

A powiedz mi jeszcze, kto bardziej decyduje o wyglądzie aktora: charakteryzator czy reżyser?

A właściwie to są jeszcze dwie ważne osoby: scenograf i kostiumograf. To są osoby, które przynoszą projekty, natomiast zespół techniczny, do którego również należą charakteryzatorzy, przedstawiają rozwiązania tych projektów. W tym momencie my jesteśmy ekspertami od przeniesienia tego projektu na konkretne osoby. Jednak czasami nie ma scenografa czy kostiumografa i wtedy możemy pozwolić sobie na więcej fantazji. Było tak między innymi wtedy, kiedy tworzyliśmy wspólny projekt z osobami z Nowego Jorku. To przedsięwzięcie dotyczyło ram tolerancji, współżycia z różnymi ludźmi - osobami LGBT czy o ciemniejszym kolorze skóry.

Ale tak na spektaklach jest kostiumograf/scenograf, który ma jakąś wizję wyglądu danego aktora, żeby wszystko było spójne. My możemy coś zaproponować, ale to ta osoba decyduje, czy coś może tak wyglądać, czy nie. Lecz poszczególne prace różnią się między sobą. Na jedne mamy większy wpływ, a na inne mniejszy. To wszystko jest bardziej złożone niż mogłoby się wydawać.

Czy kiedy patrzysz w przyszłość, to dalej widzisz siebie w tym zawodzie?

To trudne pytanie. Na pewno kocham ten zawód i wciąż odkrywam w nim nowe przestrzenie, ale interesuje mnie tyle rzeczy i mam w sobie taką ciekawość świata, że nie wiem, co przyniesie przyszłość. Jednak wydaję mi się, że charakteryzacja będzie mi towarzyszyć w jakiś sposób do końca życia. Bo czy na ulicy mijam ludzi czy oglądam film, czy idę gdzieś na zakupy, to przyglądam się ludziom. Zwracam uwagę na to, jak wyglądają i na tej podstawie wymyślam ich historie. Więc moja wyobraźnia cały czas pracuje w kierunku charakteryzacji i chyba nie umiem inaczej postrzegać świata niż przez pryzmat tego pierwiastka ludzkiego, który jest bardzo dominujący i ważny sposób uczestniczy w charakteryzacji. I kiedy tak myślę o tych wszystkich naszych dziwnościach, drobnych rzeczach, które nas wyróżniają, to widzę, że każdy z nas ma w sobie coś szczególnego.

Tak, każdy jest wyjątkowy. Z tego, co mówisz, to praca charakteryzatorki w teatrze jest niezwykle interesująca, ale też nieco magiczna. Tutaj ktoś się przemienia w zupełnie inną postać, tutaj idzie na scenę, tutaj trzeba coś szybko poprawić... Wydaję mi się, że to praca pełna energii, zaangażowania, nowych wyzwań. Więc cały obraz  tego zawodu wspaniale kształtuje się w mojej wyobraźni. Wspominałaś wcześniej, że oprócz pracy w teatrze uczysz jeszcze w Szkole Charakteryzacji. Czy mogłabyś coś więcej powiedzieć o Twojej drugiej pracy? Jak się tam odnajdujesz?

Bardzo lubię tę pracę, bo daje mi ogromnie dużo energii. Uczenie osób, które dopiero wchodzą w ten świat i pomaganie im w realizacji swoich pomysłów, tak żeby były dumne z tego, co robią, daje mi wielką satysfakcję. Jestem szczęśliwa, kiedy widzę zapał w oczach tych ludzi, gdy poznają coś, czego wcześniej nie wiedzieli. Rzeczywiście dzięki temu bardziej doceniam to, co mam i potrafię swoją radość przekazać innym.

Babcia mnie kiedyś pytała, czy nie boje się, że szkolę sobie konkurencję. Zupełnie się tego nie obawiam, bo wiem, że w tej pracy jest miejsce dla wszystkich. Więc nie szkolę swojej konkurencji, tylko pomoc. Myślę, że kiedy nie będę mogła komuś pomóc, pomalować go na ślub czy wysłać na plan filmowy, to zawsze będę miała dobrze wykształcone, zaufane osoby, które będą mogły mnie zastąpić. Poza tym przez uczenie innych charakteryzacji, wspomagam rynek tego zawodu. A jak wiemy, rynek już sam zweryfikuje, kto się do tego nadaje, a kto nie.

Myślę też, że dużo zależy od charakteru danego człowieka. W charakteryzacji odnajdą się głównie osoby, które mają wesołe nastawienie i które potrafią nie tylko malować, ale także rozmawiać. Kiedy aktor przychodzi w złym nastroju i siada na krzesło, to warto coś zrobić, żeby przed wyjściem na scenę trochę się rozluźnił i w pewien sposób poprawić mu humor. Ale nie tylko dlatego, że tak wypada, ale dlatego że po prostu są to osoby, które się darzy taką sympatią, że jak się widzi ich smutnych, to aż serce pęka.

Wspaniała jest Twoja postawa wobec uczniów, których szkolisz. Postrzeganie ich jako dodatkowej pomocy, wydaje się bardzo piękne. Myślę, że na koniec naszej rozmowy mam jeszcze jedno pytanie do Ciebie. Mianowicie, czy chciałabyś coś przekazać uczniom naszego liceum, którzy, jak mam nadzieję, będą czytali ten wywiad?

To trudne pytanie. Ale na pewno chciałabym im powiedzieć najmocniej jak potrafię, żeby nie przejmowali się wszystkimi przeciwnościami losu. Żeby nie zwracali uwagi, kiedy ktoś mówi im, że ich praca nie jest dobra. Życzę im, aby potrafili odnaleźć w sobie siłę, by spojrzeć z boku na swoją prace i samemu ją ocenić. Chciałabym, aby dostrzegli w tym, co robią, to, co oni uważają za wartościowe. Życzę im także, aby chcieli kształtować swój własny styl bycia, aby byli tym, kim chcą być, a nie dawali się zmanipulować innym.

Bardzo Ci dziękuję, że zechciałaś ze mną porozmawiać i opowiedzieć mi trochę o kulisach Twojej pracy i teatralnego świata.

Nie, to ja Ci bardzo dziękuję. Rozczuliło mnie to, że szkoła dalej o mnie pamięta. Ja jakoś też za nią tęsknie, więc trochę mnie to wzrusza…

Charakteryzacja autorstwa K. Słowiak.

  Więcej charakteryzacji Kasi możecie znaleźć na jej Instagramie
- https://www.instagram.com/pejl_princes/

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Jednostka wobec historii [ESEJ]

 

Fot. R. Szczasny

Liczby, a nasza wrażliwość

            W podręcznikach z historii znajdziemy wiele informacji o śmierci tylu a tylu osób, w takim a takim wydarzeniu. Liczby są dobitne. Czasem niedokładne, ale jednak robią wrażenie na ludziach obdarzonych wyobraźnią, którzy potrafią zauważyć, iż w czasie II wojny światowej życie straciło półtora razy więcej osób, niż liczy obecnie nasz kraj. To przerażające zestawienie, jakby porównanie dwóch wykresów o większych i mniejszych słupkach, może pomóc nam w wizualizacji i uświadomieniu sobie ogromu ostatecznych strat. Bo my lubimy „przemawiające” porównania i liczby, które dla większości społeczeństwa nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Jakże aktualna jest ta kwestia zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W końcu chcemy wiedzieć i l e minionego dnia wykryto nowych zakażeń, i l e osób odłączono od respiratorów, gdyż już nie były im potrzebne… Ale z drugiej strony śledzimy również bardziej prozaiczne rzeczy. Zwracamy uwagę na ceny żywności, paliwa, rachunków… ta lista jest bardzo długa, w zasadzie prawie nieskończona. A wracając do kontekstu historii, w tej kwestii interesuje nas, powiedzmy ilu rewolucjonistów zginęło w tej czy innej potyczce; jak siły rozkładały się po jednej, a jak po drugiej stronie; kto (jeśli ktokolwiek) ocalał. To wszystko dlatego, gdyż dorośli lubią liczby. Jeżeli im mówisz, że masz nowego przyjaciela, nigdy nie interesuje ich to, co istotne. Nigdy nie pytają: „Jak brzmi jego głos? Jakie są jego ulubione gry? Czy zbiera motyle?”. Pytają za to: „Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?”. Dopiero wtedy wydaje im się, że coś o nim wiedzą.[1]

            Jednak, chociaż liczy mogą powiedzieć dużo i być same w sobie niezwykle wymowne, to nie są w stanie opowiedzieć historii – nie takiej składającej się ze skutków i przyczyn, a takiej, która zawiera detale i mówi o tym, że ostatnim porządnym posiłkiem Krzysztofa Baczyńskiego były pierogi z jagodami przygotowane przez jego teściową. Takich informacji nie znajdziemy w podręczniku z historii, który, wspominając o wielkim poecie pokolenia Kolumbów, podsumuje (posługując się liczbami), iż zginął on 4 sierpnia 1944 roku podczas powstania warszawskiego.

            Wrażliwość ludzka nie funkcjonuje tak, jak być może współczesny świat by od niej oczekiwał. Nie „działa” na zasadzie „wielkości” – a więc im czegoś więcej, tym bardziej się przejmuje. Wrażliwość ludzka jest czymś bardziej subtelnym, czymś, co może wzruszyć się losem tylko jednego człowieka czy też jednej konkretnej rodziny możliwe, że całkiem podobnej do naszej. Hanna Krall pisała o tej nieproporcjonalności, jak można to nazwać, w Zdążyć przed Panem Bogiem: … krzyczał cały dzień, czy myślisz, że to może zrobić jeszcze wrażenie na kimś – jeden spalony chłopak po czterystu tysiącach spalonych?

- Myślę, że jeden spalony chłopak robi większe wrażenie niż czterysta tysięcy, a czterysta tysięcy większe niż sześć milionów.[2] – odpowiedziała Markowi Edelmanowi Hanna Krall.

Zrozumieć zindywidualizowaną historię

            Człowiek chyba po raz pierwszy w swej historii przeżywa tę dominującą skończoność świata. Wieczorami śledzi życie innych ludzi na ekranach swoich bystrych urządzeń i ogląda tych, których jeszcze sto lat temu nie miałby szans spotkać na swojej drodze. Obserwując ich z daleka, widzi, że repertuar ról i możliwości także jest skończony i że właściwie ludzie są do siebie podobni, bardziej niż mogłoby się to wydawać naszym przodkom.[3] A skoro ludzie są do siebie tak podobni – podobni w swych pragnieniach, uczuciach, zachowaniu, zarówno do osób im współczesnych, jak i tych, których już od wieków spoczywają w ziemi pod marmurowymi nagrobkami – to pozornie powinno nam być łatwiej zrozumieć siebie nawzajem. Jednak nie do końca tak jest, gdyż notorycznie nie rozumiemy siebie, ani innych. Czasem jest tak przez nasz egoizm i pychę (nie potrafimy wyobrazić sobie, iż ktoś mógłby myśleć inaczej niż my – dlaczego? skoro nasz sposób rozumowania jest najwłaściwszy), a czasami również dlatego, że granice do przekroczenia są tak wielkie, że prawie niemożliwe do pokonania. Piszę o tym gdyż, że uważam zrozumienie za jedną z elementarnych wartości, bez której niemożliwe byłoby pokojowe funkcjonowanie świata.

Prawdziwe zrozumienie składa się z kilku etapów: po pierwsze należy zacząć od poszukiwania przyczyn, po drugie trzeba połączyć przyczyny z obecnym stanem rzeczy i po trzecie, należy przypomnieć sobie, iż zrozumienie nie zawsze musi łączyć się z akceptacją czy usprawiedliwieniem czegoś.

Najłatwiej jest nam zrozumieć tych, którzy są do nas najbardziej podobni. Tak więc chociaż z przyjemnością oglądamy seriale i filmy o ludziach z tzw. wyższych sfer, to jednak ich świat jest dla większości z nas niezrozumiały (mam na myśli prawdziwe zrozumienie, a nie tylko powierzchowną ocenę sytuacji); prawa rządzące tą często bogatą rzeczywistością są dla nas co prawda intrygujące, gdyż egzotyczne, ale przede wszystkim nienaturalne, ponieważ wyrośliśmy w innym środowisku. Z kolei przeciętna rodzina – o, to właśnie uosobienie naszego świata. W końcu ona ma bardzo podobne kilkupokojowe mieszkanie w większym mieście, w końcu ona je samodzielnie przyrządzone posiłki (pewnie czasem tak samo niesmaczne jak nasze) przy bliźniaczo podobnym do naszego drewnianym stole, w końcu ona podczas kłótni trzaska drzwiami tak mocno, że aż ściany drżą, a sąsiedzi wzdrygają się przestraszeni nagłym hałasem… To właśnie tych ludzi rozumiemy, to właśnie z nimi możemy się utożsamić.

Spójrzmy na to z jeszcze innej perspektywy. Spójrzmy na tę kwestię, biorąc pod uwagę film Aida Jasmili Žbanić. Dzieło bośniackiej reżyserki opowiada historię masakry w Srebrenicy oczami zwykłej rodziny, do której należy tytułowa Aida, tłumaczka języka angielskiego, pracująca dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. I ta zwykła rodzina w swej elementarnej istocie nie różni się wiele od przeciętnych rodzin (także w szerszym spojrzeniu nie różni się wiele od tych „nieprzeciętnych”). W kontekście zrozumienia najważniejsze jest to, aby zrozumieć, iż to my moglibyśmy być na ich miejscu. To my, gdybyśmy urodzili się w innym czasie i w innym miejscu moglibyśmy znaleźć się w obliczu tragedii.

Masakra w Srebrenicy jest największym ludobójstwem w Europie od czasu zakończenia II wojny światowej. Rodzina Aidy (oraz wiele, wiele innych rodzin) znalazła się w środku konfliktu bośniacko-serbskiego. Nie miała nic wspólnego z polityką, synowie Aidy, Hamdija i Ejo, nie byli żołnierzami (ale nie to chciał usłyszeć generał Ratko Mladicia), a jej mąż był tylko dyrektorem szkoły i nauczycielem historii. Słowem, byli zwykłą rodziną, która niczym nie zawiniając, padła ofiarą ambicji dowódcy Sił Zbrojnych Republiki Serbskiej.

Obserwujemy Aidę w prawdopodobnie najgorszych chwilach jej życia. Jest upalne lato 1995 roku, bezbronni cywile uciekają do siedziby ONZ przed Serbami. Nie wszyscy mieszczą się w budynku – ci, dla których zabrakło miejsca tłoczą się wokół otoczonego płotem kompleksu. Są na otwartej przestrzeni, w zasadzie bez wody i jedzenia oraz bez jakiejkolwiek pomocy zewnątrz. Ale pomimo tego są tam dalej, nie odchodzą (bo niby dokąd mieliby pójść?), gdyż nadal wierzą, że ONZ ich obroni – to właśnie w nich upatrują swoją ostatnią, a może i jedyną nadzieje. Aida, jako tłumaczka, jest bezpieczna, lecz bardziej niż o siebie dba o swoją najbliższą rodzinę. Jej mąż i synowie są na zewnątrz, Aida więc robi wszystko, by wprowadzić ich do środka, nie interesują ją, iż względem czekającego tłumu otworzenie bramy tylko dla nich byłoby niesprawiedliwe. W obliczu zagrożenia zasady moralne, sprawiedliwość, honor… przestają obowiązywać. To przetrwanie jest priorytetem. By przetrwać, trzeba czasem kłamać, porzucić sprawiedliwość, a nawet swoją powinność względem powierzonych obowiązków.

Wkrótce po tym jak Aidzie udaje się wprowadzić swoją rodzinę do budynku ONZ okazuje się, że te działania są niewystarczające. Przybywają Serbowie, Mladić zawiera układ z nieudolnym przywództwem Organizacji Narodów Zjednoczonych – rodzina Aidy nadal nie jest bezpieczna. Teraz tłumaczka chce zdobyć przepustki dla swojego męża i synów, by mogli oni zostać w siebie ONZ, pomimo że pozostali muszą opuścić ten teren (kobiety trafiają do autobusów, a mężczyźni do przyczep - wszystkie te pojazdy są pod kontrolą Serbów). Aida ma przepustkę, ale ponownie zrobi wszystko, aby jej najbliżsi również ją otrzymali. Jednak kobieta jest bezsilna wobec niewzruszonej postawy dowódcy ONZ. Kiedy wszystkie błagania zawodzą, Aida ukrywa w magazynie męża i synów. To wszystko na próżno, znajdują ich i wysyłają na śmierć, tak samo jak całą resztę.

Ta historia jest przejmująca. Pokazuje, jak pod lupą tragedię jednostki zapisaną na kartkach nie tak dawnych dziejów. I nie tylko mam tutaj na myśli rodzinę Aidy, a wszystkie tak elementarnie podobne do siebie rodziny, które podzieliły losy tej ukazanej na filmie. Rodzina Aidy jest reprezentantką – jedną opowiedzianą historią na tle wielu niewypowiedziany, ukrytych za ciężką kotarą milczenia i tabu.

 Aidę można nazwać bohaterką tragiczną, której pomimo usilnych starań nie udaje się uratować swojej rodziny. Tak naprawdę w takich warunkach jej synowie i mąż praktycznie nie mieli szans na przeżycie. Los Aidy jest tym trudniejszy, iż po masakrze w Srebrenicy została sama – ta, która dźwigała krzyż odpowiedzialności za tak wielu przeżywa, by odszukać ciała (nie cała, tylko szczątki: parę kości i fragmenty ubrania) swoich najbliższych i dalej żyć z bólem w oczach, kształtując nowe pokolenie jako nauczycielka.

Ten film to również obok tragicznej historii jednostki, laurka pamięci dla wszystkich poległych. Dla współczesnych Serbów i Bośniaków temat masakry w Srebrenicy i wojny domowej jest nadal trudną kwestią. Wobec tego tym lepiej, że te wydarzenia są odtwarzane w różnych tekstach kultury. Pamięć oraz świadomość historii są bardzo ważnymi elementami, składającymi się na naszą tożsamość. Tak, to bardzo dobrze, że są jeszcze tacy artyści jak Jasmila Žbanić, którzy odkopują stare groby trudnej przeszłości. Tak… tym bardziej, że gdy coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera.[4]

Pozostały zgwałcone kobiety i synowie i mężowie, o których nikt nie pyta…

            Kobiety pytają: po co była nam wojna? po co ginęli nasi synowie?

            I odpowiadają: po nic, po strach, tułaczkę i krew, i po życie w barakach.

            A przed wojną był dom, w każdym domu – pełna zamrażarka.

            Teraz puste garnki. Za puste garnki ginęli.[5]

            Nikt nie wie, po co była ta wojna domowa. Czy ci, którzy ją rozpoczęli osiągnęli to, co chcieli? Po co były te lata 1992-1995 najgorszego terroru, które naznaczyły traumą tych, którzy przeżyli, a pozostałym odebrały życie i wrzuciły ich ciała do masowych grobów? A świat na to patrzył. A świat to dokumentował, robił zdjęcia, drukowane później na pierwszych stronach gazet. Dwadzieścia sześć lat temu został podpisany układ w Dayton, kończący wojnę domową w Bośni i Hercegowinie. Dwadzieścia sześć lat temu, nie sto, nie dwieście, tylko dwadzieścia sześć.

            Nie będę tutaj pisała o przebiegu wojny. Nie będzie żadnych żołnierzy, wojsk chorwackich, prezydentów, operacji, statystyk – o tym możecie przeczytać na Wikipedii, tak opisują konflikty podręczniki z historii. Piszę o jednostce wobec historii, więc skupie się na życiu przeciętnych ludzi, zwłaszcza kobiet, które przeżyły.

            Matka Mejra (tak się przedstawia i tak na nią mówią inni) przychodzi co czwartek do sali teatralnej w wiejskim domu kultury na ekshumację. Stoi nad jednym i tym samym ubraniem. Poprawie je, głaszcze. Myśli, że te ubranie mógł mieć na sobie jej syn. Matka Mejra miała dwójkę dzieci: Edvina i Ednę. Edvina już znalazła (doktor Ewa Klonowski po przeprowadzeniu badań DNA potwierdziła te przypuszczenia: chromosomy się zgadzają, to on), ale Edny nie. Wszystko wiem, jak było z moją Edną – mówi Matka Mejra. – Kto ją bił, kto gwałcił. Tylko nie wiem, dokąd pojechał tamten autobus. Dokąd ją z Omarskiej wywieźli. Ubrania nigdzie nie ma, nawet pantofla, nic[6]. Więc Matka Mejra nadal wywiesza fotografię swoich dzieci, chce wiedzieć. Liczy, że może ktoś coś wie, widział i przeżył…

            Mąż Matki Mejry, Uzeir żyje, jednak nic nie mówi. Czasem wydaje mu się, że wciąż jest „tam” i że ktoś go bije. Miał dwa wylewy i nie przypomina już tego mężczyzny, którym był kiedyś.

            Po pewnym czasie doktor Ewa znajduje Ednę. Teraz wiadomo dokąd wówczas pojechał ten autobus z Omarskiej – pojechał do Donji Dubovik, gdzie dokonano egzekucji. Ciała wrzucono do jamy, którą nakryto wielkim kamieniem. To tam leży Edna w postrzępionym ubraniu. Dostała najpierw w miednicę, a później w pierś – tyle z kości potrafi odczytać doktor Ewa. Matka Mejra jest szczęśliwa, w końcu znalazła swoją córkę, w końcu może urządzić swoim dzieciom godny pogrzeb.

            Edvin i Edna leżą na cmentarzu w Bihaciu. Ich świeże groby położone są jeden obok drugiego. Matka Mejra mówi do Ewy, że teraz jest jej lżej.

            Jasna Ploskić z zawodu jest prawniczką. Po skończeniu studiów wyszła za mąż za Hasana, z którym miała dwójkę dzieci: córeczkę Ajlę i syna Amara. Można powiedzieć, że przed 1992 rokiem miała wszystko – później z tego dawnego życia nie pozostało jej nic, prócz wspomnień. Jasna wraz z rodziną uciekała przed serbskimi wojskami. W czasie ucieczki zgubili się w lesie. Odnaleźli ich nieprzyjaciele, którzy kazali iść na połoninę Veleż. Tam przed szkołą odbywała się selekcja (bliźniaczo podobna do tej z czasów II wojny światowej), kobiety z dziećmi na jedną stronę, mężczyźni na drugą – to wówczas Jasna po raz ostatni widziała swojego męża. Jasna wraz z dziećmi trafiła do piwnicy, gdzie były też inne kobiety ze swoimi pociechami. Wszyscy byli głodzi, nikt nie miał nic do jedzenia. Czwartej nocy do piwnicy przyszło kilku mężczyzn – chcieli zabrać kilka kobiet. Kobiety domyśliły się do czego są im potrzebne… Zabrali Jasnę. Musiała iść, bo gdyby nie poszła, to na jej oczach zabiliby jej dzieci. Jasna wyszła z piwnicy – to wówczas po raz ostatni widziała Ajlę i Amara.

            W Bośni chyba tylko Jasna Ploskić przyznaje publicznie, że jest ofiarą etnicznego gwałtu: gwałcili ją Serbowie, bo jest Muzułmanką. Teraz w każdym mężczyźnie widzi mordercę.

            Jasna znalazła ciało męża, odbył się jego pogrzeb. Ale… nie ma ciał Ajli i Amara. Są na liście zaginionych, nieodnalezionych. Jasna liczy ich lata, wie, ile dzisiaj miałyby lat, gdyby przeżyli.

            Doktor Ewa Klonowski nie pochodzi z Bośni i Hercegowiny. Jest polsko-islandzką antropolog sądową, ma męża i dwie córki. Ekshumuje i identyfikuje ofiary bośniackiej wojny domowej. Ewę fascynuje składanie kości – dopasowuje kość do kosteczki, aż składa cały szkielet (o ile zachował się w całości). Doktor Ewa nie wierzy, że Bóg istnieje. Wie, że rodziny, dla których to robi, wierzą. Będzie Sąd Boży i Zmartwychwstanie. Wolałabym – mówi – żeby oni przed tym swoim Allahem stali na swoich nogach, nie na cudzych. I mieli na karku swoją czaszkę. Żeby jakoś wyglądali, kiedy wstaną z martwych.

            Wszyscy znają doktor Ewę. Doktor Ewa znajduje zaginionych mężów, kobiety, dzieci… To dzięki doktor Ewie odbywają się pogrzeby, tak ważne dla Muzułmanów. A ona musi się jakoś trzymać. Pracuje bez wytchnienia i pracowałaby nawet bez wynagrodzenia.

            Na początku doktor Ewa była zdziwiona, że rodzice (bądź tylko jeden z rodziców) przyprowadzają na ekshumacje swoje dzieci.

- Po co ciągnięcie tu dzieci? – pytała.

- Żeby pamiętały – odpowiadali jej wszyscy tak samo.

            Aida, tytułowa bohaterka filmu Jasmili Žbanić, znalazła ciała swojego męża i dwóch synów. Po wykryciu ich kryjówki w siedzibie ONZ, trafili w ręce Serbów. Zostali wraz z innymi mężczyznami przewiezieni do małej sali – powiedzieli im, że będą oglądali tam film. Stał więc tłum mężczyzn w różnym wieku z rękami podniesionymi nad głową, tak czekali… Czy wiedzieli już, jak to się skończy? Tak czekali, aż serbscy żołnierze zaczęli do nich strzelać, a potem nie było już nic. Aida została z fotografiami „dawnych czasów” zabranymi z ich starego mieszkania, w którym teraz żyje inna, serbska rodzina.

Jednostka wobec historii

            Nie moglibyśmy zrozumieć historii jednostki bez znajomości historii ogólnej pisanej według podręcznikowego wzorca zazwyczaj z perspektywy jednego państwa. W podręczniku z historii znajdziemy biogramy tylko tzw. „wybitnych jednostek” - przeciętni ludzie mogą być w nim co najwyżej tylko liczbami. Bo „wybitne jednostki” dokonały czegoś ważnego i przez to trzeba o nich pamiętać.

            Swidrygajłow powiedział w tym kontekście o Raskolnikowie ważną myśl: strasznie mu zaimponował Napoleon, a raczej zaimponowało mu to, że bardzo wielu genialnych ludzi, nie oglądają się na k r z y w d ę  j e d n o s t k i [podkreślenie - J. Brzenczka], bez namysłu kroczyło naprzód.[7] Cóż, losem tych „niezapisanych na kartach historii” mało kto się interesuje – nie dbały o nich „wybitne jednostki”, często nie dbamy i my…

            Próbuję tutaj powiedzieć, że niejednokrotnie w morzu faktów, wykresów, przyczyn i skutków, ginie (czyżby po raz kolejny?) i umyka nam los przeciętnego człowieka. Analizujemy historię z perspektywy wielkich wydarzeń i „wybitnych jednostek”, zapominając spojrzeć na nią ze strony tych, którzy wówczas rodzili się, umierali, brali śluby, popełniali błędy, zarabiali na chleb – którzy po prostu żyli w różnych wsiach i miastach. Może wówczas spojrzymy inaczej na znane nam fakty. Może, kiedy spojrzymy na Napoleona oczami matki, która straciła swojego jedynego syna w bitwie pod Austerlitz, inaczej ocenimy tego „wielkiego” człowieka. Może, kiedy spojrzymy na takiego zbrodniarza, jakim był Hitler z perspektywy kobiet, które kochał, dostrzeżemy, że człowiek jest istotą bardziej skomplikowaną niż może nam się wydawać. Może, kiedy spojrzymy na wojnę domową w Bośni oczami kobiet, które przeżyły, będziemy w stanie powiedzieć coś nie o walkach żołnierzy, a o tragizmie przeciętnej jednostki.

 

Joanna Brzenczka

 

Fot. R. Szczasny

 


[1] Antoine de Saint-Exupéry Mały książę, Wydawnictwo MUZA S.A.

[2] Hanna Krall Zdążyć przed Panem Bogiem, Wydawnictwo a5, Kraków 2008.

[3] Olga Tokarczuk Ognozja, w: Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

[4] Olga Tokarczuk Czuły narrator, w: Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

[5] Wojciech Tochman Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

[6] Wszystkie pozostałe cytaty z tego fragmentu eseju pochodzą z reportażu W. Tochmana – patrz przyp. 5.

[7] Fiodor Dostojewski Zbrodnia i kara, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2018.