 |
Fot. J. Brzenczka
|
Joanna Brzenczka, uczennica klasy 2J i redaktorka
magazynu „Ad operam!”, miała okazję podzielić się swoją wielką pasją literacką
z jury konkursu „Obraz a słowo. Literacki opis dzieła malarskiego”. W
tegorocznej edycji uczniowie musieli stawić czoło obrazowi Wacława Borowskiego
„Nad wodą”. Organizatorzy nie ukrywali, że spłynęła do nich rekordowa liczba
prac, których poziom znacznie przewyższał ten z lat ubiegłych. Pomimo ogromnej
konkurencji to właśnie praca Asi zdobyła najwyższe noty jury, a za swoje
opowiadanie autorka otrzymała nagrodę Gęsiego Pióra.
 |
Joanna Brzenczka; fot. A. Kwaśniewicz
|
Z Joanną Brzenczką o twórczości pisarskiej oraz wielkiej miłości do
literatury rozmawia Aleksandra Kaptur:
Asiu, Twoja praca „Obraz tworzy
dusza, i oko, i ręka – i trzeba je stopić w jedność” otrzymała mnóstwo pozytywnych
recenzji jurorów. Jak możemy interpretować jej tytuł i jakie jest główne
przesłanie Twojego opowiadania?
Zazwyczaj mówię stosunkowo niewiele
o swojej twórczości. Piszę, zapełniam puste kartki, niektóre z moich prac
publikuję, inne wysyłam na konkursy literackie (pozostała część leży zamknięta
w szufladzie bądź też w pliku na komputerze). Prawie nigdy nie myślę o
tekstach, które napisałam, dlatego że wówczas zajmuję się czymś innym. Bo, jak
powiedział Tadeusz Różewicz, ja już nie jestem tą osobą, która stworzyła to,
czy tamto, ja już jestem innym człowiekiem. Nagrodzone opowiadanie napisałam na
przełomie stycznia i lutego tego roku – a więc wieki temu.
Stronię
od prostolinijnej interpretacji czegokolwiek. Świat jest zbyt skomplikowany, by
patrzeć na niego tylko z jednej perspektywy. Dlatego nie podam głównego
przesłania tego tekstu, gdyż chyba nawet go nie ma, bo Obraz tworzy…
składa się z wielu istotnych elementów, korelujących ze sobą. Ale bezwątpienia
tytuł opowiadania, a więc słowa Witkacego, to klucz - obraz powstaje dzięki
połączeniu duszy, spojrzenia i techniki malarskiej. A ta praca jest właśnie
m.in. o tworzeniu obrazu Nad wodą Wacława Borowskiego.
Akcja Twojego opowiadania rozgrywa
się w malowniczej Florencji w latach 20. XX wieku, wprowadzając zarówno
konteksty historyczne, jak i refleksje o charakterze egzystencjalnym. Co stało
się dla Ciebie inspiracją do napisania tak nieoczywistej i ambitnej w
przesłaniu pracy?
Z tego co pamiętam pomysł na
koncepcję tego opowiadania zrodził się w mojej głowie w pewną styczniową noc,
kiedy leżałam w ciemnościach w łóżku w moim pokoju i obserwowałam srebrzyste
cienie przesuwające się po ścianie. Tak zastanawiałam się, jak w nieoczywisty
sposób opisać obraz, który nie był jakoś specjalnie skomplikowany pod względem
tematycznym czy też symbolicznym.
Według
mojego pierwotnego pomysłu opowiadanie miało wyglądać nieco inaczej niż
obecnie. Miał być to tekst-minibiografia szeroko zarysowujący realia
powstawania dzieła. Niestety ta myśl okazała się niemożliwa do zrealizowania,
dlatego że dostępnych informacji o Wacławie Borowskich jest naprawdę bardzo,
bardzo niewiele. Przeszukałam Internet wzdłuż i wszerz i znalazłam tylko kilka
przydatnych źródłem (m.in. pracę naukową Anny Zabiegałowskiej-Sitek nt. grupy
artystycznej „Rym”, do której należał autor Nad wodą). Dlatego właśnie
byłam zmuszona zmienić fakty na fikcję literacką.
Co
było dla mnie główną inspiracją? Cóż myślę, że składały się na nią zdobyte
informację o Wacławie Borowskim i jego przyjaciołach, a także moje własne
przemyślenia, które kształtowały się i dojrzewały we mnie na przestrzeni tych
trzech tygodni, podczas których pisałam tę pracę.
 |
Obraz Wacława Borowskiego "Nad wodą"
|
Wiem, że historia literatury nie
jest Ci obca, a obsesją czytelnictwa zdążyłaś zarazić się już w dzieciństwie.
Opowiedz, jak literatura wpłynęła na postrzeganie przez Ciebie świata? Czy to
ona była głównym czynnikiem, który zrodził w Tobie miłość do pisania?
Zacznę może od drugiej części
Twojego pytania. Wbrew pozorom wydaje mi się, że fascynacja literaturą nie
zrodziła we mnie miłości do pisania. Zaczęłam pisać, dlatego iż chciałam coś
opowiedzieć, a więc to opowieść była tym lekkim pchnięciem, które wprowadziło
koło w ruch.
W
mojej rodzinie literatura zajmuje dalekie, podrzędne miejsce. Rodzice czytali
mi niewiele bajek na dobranoc. Za to mój tata niemal codziennie wieczorem
opowiadał mi przeróżne wymyślone historyjki. Były to opowieści o mrówce i
księżniczkach, uratowanych z opresji przez odważnych królewiczów. Myślę, że
właśnie dzięki temu już od dziecka miałam wybujałą wyobraźnię, z której chętnie
korzystałam (i korzystam) w każdym momencie mojego życia. To, że zaczęłam
czytać (a czasem wręcz połykać jedną książkę za drugą), traktuję jako istny
fenomen – zew, przeznaczenie, coś, bez czego nie wyobrażam sobie obecnie
świata.
Literatura
jest czynnikiem, który powoduje, że najbardziej się zmieniam i nieustannie się
rozwijam. Nic nie wpłynęło na mnie tak jak przeczytane powieści. W zasadzie to
one (obok wiary) najbardziej kształtują moje poglądy, a także mnie samą.
Wisława Szymborska słusznie powiedziała, że czytanie książek to najpiękniejsza
zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Możliwość poznania rzeczywistości z
innej perspektywy, podróże do wybranego miejsca na Ziemi bez żadnego biletu
albo też dokonywanie rzeczy absolutnie nierealnych (np. lot na Testralach) – to
wszystko w najpełniejszej formie może zaoferować nam tylko literatura.
Gdybym
naprawdę chciała udzielić skrupulatniej odpowiedzi na pytanie jak czytanie
książek wpłynęło na postrzeganie przeze mnie świata, to musiałabym nieomal
opowiedzieć całą historię mojego życia. Bo zagłębianie się w lekturę oddziałuje
na mnie odkąd z własnej woli sięgnęłam po pierwszą książkę. Na początku
przepadłam w sadze o Harrym Potterze – te powieści mnie oczarowały, sprawiły,
że zaczęłam szukać magii wokół mnie i czekać na sowę z zaproszeniem do
Hogwartu. Teraz czytam głównie literaturę piękną, która niejednokrotnie wywiera
na mnie takie wrażenie, iż długo nie potrafię przestać myśleć o poznanej
pozycji. W książkach odnajduję niejako odpowiedź na nurtujące mnie zagadnienia
moralne, egzystencjalne czy też filozoficzne. Chociażby przeczytanie Jądra
ciemności uświadomiło mi pośrednią rolę systemów („kary i nagród”), w
których żyjemy – to one trzymają w ryzach nasze instynkty. Tak więc literatura
nie tyle wpłynęła, co wpływa nadal na rodzaj szkieł w moich okularach.
Utożsamiam się ze słowami Olgi Tokarczuk, że w pierwszej kolejności uważam
siebie za czytelniczkę, nie zaś za
pisarkę.
Jak ważną rolę
odgrywa w Twoim życiu pisanie?
Piszę, bo po prostu nie
mogę nie pisać. To słowa Charlotty Brontë, które
odnoszą się również do mojego życia. Pisanie jest dla mnie bardzo ważne i nie
jestem pewna, czy mogłabym bez niego zdrowo funkcjonować.
Zaczęłam pisać, kiedy miałam osiem lat. Prowadziłam wtedy
ilustrowany pamiętnik z Hannhą Montaną. Tak piszę do teraz – przeszłam naprawdę
długą drogę... Myślę, że po prostu m u s z ę tworzyć; że czasami jest to mój
„dług przeklęty”. Stworzenie jednego tekstu (a czasem tylko akapitu) to ciężka praca. Tym bardziej trudna, że wykonywana
samotnie – jestem tylko ja, pomysł i pusta kartka. Nie tak prosto to wyrazić,
dlatego iż moja relacja z pisaniem jest niezwykle skomplikowana. Pisanie
wywołuje uśmiech na twarzy, daje satysfakcję, ale też wpędza w rozpacz,
chandrę, nawet doprowadza do płaczu. Śmieję się, że ja i pisanie funkcjonujemy
sobie razem już od lat niczym stare dobre małżeństwo, które na ogół żyje ze
sobą w zgodzie, jednak czasem kłóci się i to naprawdę burzliwie…
Słyszałam niejednokrotnie, że pisanie to mój talent. To
wielkie słowa i czasami trudno mi w nie uwierzyć… Jednak załóżmy, iż jest w
nich jakieś ziarenko prawdy i spójrzmy na moje pisanie z nieco innej
perspektywy. Kiedy się urodziliśmy, Bóg dał nam określoną ilość talentów (czy
też predyspozycji), które powinniśmy rozwijać, a także pomnażać. Otrzymaliśmy
te dary po to, aby z nich korzystać. W świetle takiej interpretacji moje
pisanie wydaje się być czymś zupełnie naturalnym, czymś do czego po prostu
zostałam stworzona.
Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedy byłyśmy na klasowe
wycieczce w Poroninie, bodajże drugiego dnia naszego pobytu, wyszłam rano na
balkon. Miałyśmy pokój z przepięknym widokiem na panoramę Tatr. Byłam
oczarowana, nie mogłam się nim nacieszyć, napatrzeć. Wtedy wyciągnęłam mój
ciemnoniebieski zeszyt, w którym obecnie piszę, kiedy nie mam dostępu do
komputera bądź też kiedy nie mam ochoty widzieć klawiatury, i zaczęłam tworzyć.
Zapytałaś się mnie, co piszę, a ja odpowiedziałam, że po prostu przyszło mi coś
do głowy. I tak to właśnie wygląda.
Pisanie jest dla mnie przekuciem mojej wrażliwości w słowa;
jest formą ekspresji, wyrażenia bólu, miłości, zachwytu; jest próbą opisania
świata, w którym żyję, a także (czasami) usprawiedliwieniem mojego istnienia;
jest wykorzystaniem otrzymanego talentu; jest możliwością otworzenia się i
dania innym czegoś, co zmusi ich do myślenia, czegoś osobistego, płynącego z
głębi serca. Tak więc pisanie jest dla mnie częścią esencji mojego życia.
Czy myślałaś
kiedykolwiek o napisaniu własnej powieści i debiucie literackim, a jeśli tak,
to jaką problematykę poruszałoby Twoje dzieło?
Czy myślałam? Oczywiście! To wręcz
jedno z moich największych marzeń.
Kiedy
zaczęłam myśleć o pisaniu, moja uwaga koncentrowała się głównie na wydaniu
książki. Ileż ja już powieści zaczynałam, całe mnóstwo! Mój podstawowy problem
polega na tym, że jeszcze żadnej nie skończyłam. Pomysłów mi nie brakuje, ale
wytrwałość jest chyba moją piętą Achillesa. Chociaż do skończenia jakiegoś
większego literackiego projektu potrzebna jest również pewna dojrzałość zarówno
warsztatowa (Okazuje się wtedy zwykle, iż oprócz talentu i pomysłowości
pisarstwo wymaga jeszcze warsztatu, który pozwala tych dwóch pierwszych rzeczy
nie zmarnować.) jak i
samorozwojowa. Wydaje mi się, że jeśli zdołam ją osiągnąć (przy jednoczesnym
przywiązaniu się do biurka), to wtedy będę wstanie napisać kilkusetstronnicową
powieść od początku do końca.
Jaką
problematykę poruszałoby moje dzieło? Ach, mogę napisać to, co mi się tylko
wymarzy. Tak naprawdę to trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo
sama jeszcze do końca tego nie wiem.
Od 2019 roku
jesteś redaktorką magazynu kulturalnego „Ad operam!”, w którego prowadzenie wkładasz
całe serce i duszę. Jak udaje Ci się pogodzić wymagające (i czasochłonne)
doświadczenie dziennikarskie z codziennymi obowiązkami?
Szczerze mówiąc, to nie mam bladego
pojęcia. Teraz jestem już bardzo przyzwyczajona do prowadzenia „Ad operam!”,
także postrzegam to jako nieodzowny (prawie rutynowy) element mojej
rzeczywistości. Jednak prawdą jest, że często skarżę się na „brak czasu”.
Niestety mam tendencje do brania na siebie zbyt wielu zobowiązań, co
niejednokrotnie odbija się chociażby na moim życiu rodzinnym. Ale staram się
szukać pewnego złotego środka, bo wiem, co to znaczy „przepracować się” i nie
chciałabym już powtórzyć tego błędu.
Z
drugiej strony niejednokrotnie wydaje mi się, że robię za mało, że mogłabym dać
z siebie więcej. Prowadzę blog, który skupia się głównie na propagowaniu
twórczości artystycznej uczniów naszej szkoły. Na łamach „Ad operam!” pojawiają
się nieraz debiuty szkolnych artystów – to takie pięknie, iż mogę dać im przestrzeń
do zaprezentowania swojej twórczości. Chciałabym jeszcze bardziej rozszerzyć
działanie magazynu. Moim małym marzeniem jest wydanie jednego numeru w formie
papierowej, tak jak było to praktykowane wcześniej przed nastaniem ery
Internetu.
Ale
tak naprawdę chyba nie odpowiedziałam na Twoje pytanie. Szczerze mówiąc,
łączenie wszystkich moich obowiązków czy też relacji z moimi najbliższymi nie
jest wcale prostą sprawą. Lecz pomimo tego, że często czas przelatuje mi przez
palce w mgnieniu oka, to nie narzekam, bo bardzo to lubię. Ja po prostu staram
się rozwijać, stawiać sobie coraz to nowe cele, a przede wszystkim nie marnować
czasu, który został mi dany. Nasze życie składa się ze skończonej ilości dni,
godzin, lat, więc warto przeżyć je tak, aby w ostatnich chwilach móc uśmiechnąć
się i powiedzieć: Tak, jestem zadowolona z tego, co zrobiłam.
Olga Tokarczuk O
daimonionie i innych motywacjach pisarskich, w: Czuły narrator,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.