piątek, 3 października 2025

 Odbicie 


We wielkim białym pokoju,

na środku stoi lustro we złotej ramie.

Przed lustrem stoi człowiek

i tak przygląda się sobie marnie.


Spogląda sobie głęboko w oczy,

widzi tylko czerń i pustkę ogromną.

Zerka też na twarz swoją w odbiciu,

widzi tylko smutek i radość pozorną.


Stoi tak przed tym lustrem wpatrzony.

Czeka tam, aż ktoś go czymś zaskoczy.

Lata i dekady przemijają tak przewrotnie,

a on tam dalej stoi i czeka samotnie.


Czy kiedykolwiek ktoś spojrzy na niego,

tak jak on widzi w lustrze siebie?

Czy ktoś, kiedyś go odnajdzie i dostrzeże?

Tego naprawdę nikt nie wie.


Uczeń ZSO1

wtorek, 30 września 2025

Nasi przodkowie, a natura rzeczywistości

Czym jest Anima Mundi?

W dobie skomputeryzowanego, technokratycznego, komercyjnego społeczeństwa mało, kto tak naprawdę wie, czym jest „Anima Mundi” (z łac. Dusza Świata). Obecny paradygmat podejścia do rzeczywistości, na którym opiera się dzisiejsza nauka, widzi świat pozbawiony ducha. Postrzegamy świat mechanistycznie. Nie dostrzegamy inteligencji natury, jakby napisano program, a nasza rzeczywistość niby komputer „bezmyślnie” wykonuje polecenia tegoż programu. W tym podejściu świat staje się obiektem do kontroli i eksperymentów.

Przyroda roślinna oraz zwierzęta są traktowane jak zasoby, jak towar, a człowiek, dzięki swej świadomości ma prawo do kontrolowania, badania i rozkładania na czynniki pierwsze wszystkiego wokół. Ojcem takiego podejścia można nazwać Kartezjusza, którego zasadniczy rys filozofii opiera się na oddzieleniu ciała i ducha. Poglądy Kartezjusza na setki lat zdominowały naukę oraz filozofię, czyniąc świat zimną pustką. Jednakże przed tym przewrotem ludzie postrzegali rzeczywistość zgoła inaczej.

„Anima Mundi” to starożytny koncept duchowy, mówiący o wspólnej duszy każdej istoty, oraz każdego przedmiotu, tym samym o wspólnej duszy całego uniwersum. Zapoczątkowanie koncepcji przypisuje się Platonowi (który na dobrą sprawę nie używał terminu „Anima Mundi”, ale przedstawił samą ideę), lecz myśl ta w różnych formach pojawiała się w każdej jednej rdzennej kulturze świata, przed wszystkimi systemami religijnymi, przed mechanistyczną cywilizacją zachodu.

„Dusza Świata” to rodzaj energii życiowej, ducha spajającego wszystko, dającego cel każdemu mikroelementowi wszechświata. Zakłada również, że absolutnie wszystko jest ze sobą połączone oraz że wszystko w jakiś sposób na siebie oddziałuje. „Anima Mundi” uznaje, że materia ma w sobie energię i siłę duchową. „Moc” z serii filmów „Gwiezdne Wojny” jest doskonałym zobrazowaniem koncepcji „Anima Mundi”.

„Dusza Świata” w tradycjach duchowych na całym świecie

Ważne jest, by wiedzieć, że animizm był od zawsze powszechny w starożytnych kulturach i cywilizacjach. To, że Platon jako pierwszy (IV w. p.n.e.) oraz wielu innych filozofów po nim opisało ten koncept, nie znaczy, że wiedza o takim stanie rzeczy nie była wcześniej znana człowiekowi. Pogląd wielu antycznych filozofów oraz podejście do życia rdzennych ludów mają bardzo zbliżony trzon, choć powstały niezależnie od siebie. Są to podejścia holistyczne, zakorzenione w naturze, oraz zestrojone z nią. Starożytni oddawali naturze wielki szacunek, chronili ją, dostrajali się do jej cyklów, nie dlatego że bali się konsekwencji lub kary za np. niszczenie lasów. Oni oddawali cześć naturze i łączyli się z nią, gdyż nie widzieli innej możliwości. Wiedzieli, że to dzięki niej żyją i funkcjonują. Wierzyli, że są jej nieodłączną częścią, która musi żyć w harmonii z otoczeniem, by przetrwać. Zamiast wykorzystywać przodkowie uczą jak słuchać natury i jak być częścią wszechświata.
Kultura rdzennych Amerykanów, która jak wiadomo nadal żyje i ma się dobrze, jest dobrym przykładem. Rdzenni Amerykanie widzą ducha w każdym elemencie natury. Człowiek nie jest panem świata, jest jego elementem. Świat jest dla nich spójną całością, sami ludzie zaś powinni dążyć do głębokiej harmonii z wszechświatem. Wakan Tanka w mitologii Indian północnoamerykańskich oznacza Boską Siłę przenikającą wszechświat. Indianie Algonkinowie z kolei wierzyli w bóstwo Manitou, które również jest duchową siłą, obecną w każdym stworzeniu i zjawisku przyrody.
Rytuały Rdzennych mieszkańców Amazonii jak np. Wędrówka po Wizję, którą Indianie odbywają z pomocą ayahuasci (lub bez niej), polega na odcięciu się od społeczności np. w dżungli i zespoleniu się z Wielkim Duchem lub z Pachamamą (Matką Ziemią) poprzez głęboką medytację. Często uczestnicy takiego rytuału widzą duchy roślin i zwierząt, które w kulturze rdzennej Ameryki są traktowane, jako wielcy nauczyciele.
Analogiczne sytuacje w swej istocie znajdujemy w pierwotnych kulturach na całym świecie. Animizm w różnych formach jest od zawsze praktykowany, z moich obserwacji wynika, że ludy autochtoniczne nie tyle wierzyły w szeroko pojęty animizm, co po prostu wiedzieli i czuli go. Ludy Ameryk, Azji, Australii, Europy, Syberii, Arktyki, wszystkie miały niezwykłą wiedzę na temat cyklów astronomicznych, dostrajały się do nich, oddawały szacunek naturze, żyły w zgodzie z wszechświatem.
Taoizm, którego początki sięgają VI w. p.n.e., a którego stworzenie przypisuje się Chińskiemu mędrcowi zwanemu Lao-tze lub Laozi, jest obok konfucjanizmu jednym z najważniejszych nurtów duchowo-filozoficznych w Chinach. Tao dosłownie można przetłumaczyć, jako droga. Tao jest uniwersalną zasadą, która, przenika cały wszechświat. Taoizm, podobnie jak „Anima Mundi” mówi o poddaniu się przepływowi, nieszukaniu kontroli. Jak czytamy w „Wielkiej księdze Tao”, która jest najważniejszym utworem Taoizmu „działajcie poprzez niedziałanie”.


TAO ROZLEWA SIĘ WSZĘDZIE,
PO LEWEJ I PO PRAWEJ.
WSZYSTKIE RZECZY NIM ŻYJĄ,
A ONO ICH NIE ODRZUCA.
SPEŁNIA SWOJE DZIEŁO, LECZ NIE ROŚCI SOBIE ZASŁUGI.
ODZIEWA I KARMI WSZYSTKO,
LECZ NIE PANUJE NAD NIMI.
ZAWSZE BEZ PRAGNIEŃ –
MOŻNA JE NAZWAĆ MAŁYM.
WSZYSTKO DO NIEGO POWRACA –
MOŻNA JE NAZWAĆ WIELKIM.
DLATEGO MĘDRZEC NIE DĄŻY DO WIELKOŚCI,
A WŁAŚNIE DLATEGO JEST WIELKI.

Wielka Księga Tao - rozdział 34


O ile „Anima Mundi” jest czymś co pozwala na poznanie świata i jedności poprzez duszę i filozofię, o tyle Tao mówi o obserwacji rzeczywistości, płynięciu z nurtem i nie ingerencji (Wu Wei). „Anima Mundi” to byt i poznanie. Tao to natura i bycie. Tao poznaje poprzez ciszę i obserwację, nie zaś przez filozoficzną kontemplację. Ciężko tu mówić o różnicach, gdyż kręgosłupem obu koncpetów jest jedność wszechrzeczy, harmonia oraz spokój, jednak subtelnych różnic w kwintesencji tych zasad można się doszukać.
Opisałem tutaj ogólnikowo związek Tao z „Duszą Świata”, jednakże podobnie jak w przypadku rdzennych plemion, tak i w systemach filozoficzno-religijnych mamy uderzające analogie.
Buddyzm Tybetański, Wedy Hinduskie, ale i młodszy mistycyzm Chrześcijański, czy Sufizm Islamu, są jak gałęzie, które mają jeden wspólny pień. Wystarczy przytoczyć tutaj słowa wielkich mistyków religijnych.

Rumi (Sufizm)
"RZEKI RÓŻNIĄ SIĘ NAZWAMI, LECZ WSZYSTKIE ZAWIERAJĄ WODĘ. TAK I RELIGIE — SĄ JEDNĄ PRAWDĄ W RÓŻNYCH JĘZYKACH."

Mistrz Eckhart (mistyka chrześcijańska)
"JEŚLI CHCESZ POZNAĆ BOGA, MUSISZ PORZUCIĆ WSZELKIE OBRAZY BOGA, WSZELKIE MYŚLI O NIM. I MUSISZ STAĆ SIĘ JEDNYM Z NIM."

Gandhi (Hinduizm)
"RELIGIE TO RÓŻNE ŚCIEŻKI, PROWADZĄCE DO TEGO SAMEGO PUNKTU. JAKKOLWIEK IDZIEMY, DOTRZEMY DO BOGA."

Osobiście uważam, że obok religii należy mówić także o wierzeniach i tradycjach ludów tubylczych, które rzecz jasna nie opierają się na naukach mistyków, ani na filozofii, tylko na wiedzy przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie, oraz na własnych doświadczeniach mistycznych.
Od wielkich systemów religijnych, po małe kultury tubylcze z ich obyczajami duchowymi, wszystkie one są inną formą tego samego doświadczania. Tao, Bóg, Om, Brahamam, Samadhi, Anima Mundi. Jakby tego nie nazwać, uważam, że są jednym i tym samym.
Dostrzegając te podobieństwa wojny o wiarę czy krucjaty religijne, poza swym okrucieństwem, stają się zwyczajnie „śmieszne”, nie mają żadnego sensu.
Swoją drogą, czy jakiekolwiek nawracanie na swoją wiarę ma sens? Mówimy tutaj o kulturach kolektywnych, ale przecież każdy doświadcza absolutu na swój sposób. Każdy ma „swojego boga”, nawet jeśli wyznaje on tę samą religię, co miliony innych ludzi.

Słowianie, a jedność rzeczywistości

Niestety temat Słowian, nie wiedzieć, czemu jest w zasadzie całkowicie pomijany w edukacji, a przecież to nasze dziedzictwo. Słowianie to My. Przecież to jest nasza tożsamość. Więc czemu nie uczą nas tego w szkołach? Czemu uczymy się mitów Greckich, Rzymskich, a o głębokiej mitologii Słowian, ani słowa. Ilu z młodych ludzi po liceum wie, kim jest Perun czy Weles, albo, czym są Szczodre Gody i Radunica? Ten intrygujący temat zostawmy jednak na raz następny. Tytuł artykułu to nasi przodkowie, a natura rzeczywistości, więc czas w końcu poruszyć kwestię tego, jak nasi pradziadowie podchodzili do tematu.

Prasłowianie jak nie trudno się domyślić, na swój wyjątkowy sposób doświadczali jedności, jednej Duszy świata. Czuli ducha w każdej żywej istocie. W zwierzętach, w drzewach, w górach, w rzekach. Człowiek był zależny od przyrody, dlatego darzył ją niezwykłym szacunkiem i czcią. Chodź Słowiańska mitologia ukazuje nam bogów dawnych Słowian, osobiście interpretuję to, jako symboliczne ukazanie sił natury i ludzkiej psychiki, dla lepszego zrozumienia mechaniki świata ówczesnych ludzi. Carl Jung, wybitny psychiatra i psycholog twierdził, że mity są "językiem zbiorowej nieświadomości".

Świat, jako żywa istota, czyli Słowiańskie Kosmiczne Drzewo

Słowianie widzieli wszechświat, jako wielkie drzewo (z reguły Dąb), które łączyło trzy sfery jednej rzeczywistości:
Nawia (świat zmarłych i duchów),
Prawia (prawo i porządek duchowy, „świat bogów”),
Jawia (miejsce, ludzie, fizyczna rzeczywistość).

To Drzewo podtrzymywało życie i jego strukturę, u podstaw tej idei leży przekonanie, że świat ma wewnętrzną jedność, coś w rodzaju duchowego „Ja”.
Podobna koncepcja występuje w mitologii nordyckiej z ich Drzewem Świata (Yggdrasil).
Pojęcie Prawi, jako duchowego porządku.

Prawia była sferą prawa duchowego, a więc wiecznego ładu i zasady rządzącej wszystkim, nadającej cel wszelkiemu istnieniu, co jest słowiańskim odpowiednikiem zasady logosu, istniejącego w całym kosmosie, a wszystko, co istnieje jest podporządkowane temu prawu, jego rytmom. To właśnie z Prawi wyłoniły pozostałe poziomy świata. Żyjąc w zgodzie z Prawią, ludzie na swój sposób poznawali naturę istnienia.

To, co wyznawcy „Anima Mundi” odkrywali poprzez filozoficzną kontemplację, Taoiści poprzez ciszę i głęboką obserwację, dawni Słowianie doznawali tego poprzez zharmonizowanie się z boskim porządkiem świata.
Święta Słowiańskie pozwalające zjednoczyć się z kosmicznym cyklem.
Jare Gody/ Jare święto (równonoc wiosenna), Symboliczne odrodzenie wiosny, powrót słońca, przebudzenie ziemi. Jest to czas zrównania się dnia z nocą, a więc równowaga światów. Topienie marzanny na przykład było symbolicznym „wypędzeniem śmieci z kosmicznego organizmu”. Rytuały związane z Jarymi Godami były czymś w rodzaju dialogu z „Duszą Świata”, dzięki któremu człowiek na nowo po zimowej stagnacji czuł się częścią całości, a poprzez zrównanie się światów, mógł połączyć się z przodkami swego rodu.

Noc Kupały (przesilenie letnie)

Noc Kupały, czyli najkrótsza noc w roku była świętem niezwykle radosnym i pełnym ekspresji. Ludzie tańczyli, śpiewali, byli pełni energii życiowej. Można powiedzieć, że swoją ekspresją oddawali to, co było wokół nich. To wtedy ziemia była w największym rozkwicie, pełna pasji i namiętności. Można rzec, że w tym czasie „Anima Mundi” krzyczy najgłośniej.
Tańce, skakanie przez ognisko, kąpiele w rzekach, szukanie Kwiatu Paproci to rytuały mające na celu przekroczenie codzienności i wejście w harmonię z żywą Ziemią. Kwiat paproci symbolizuje ukryty skarb, wewnętrzne oświecenie, można interpretować to, jako kontakt z czymś „większym”, z duchem przyrody. Podobnie jak w rytuałach plemion amazońskich z i ich samotnymi wizjami w sercu dżungli. Zjednoczenie ognia (mężczyzny) i wody (kobiety) w rytualnym tańcu jest symbolicznym zjednoczeniem dwóch biegunów, coś w rodzaju alchemii Yin i Yang. Noc Kupały to również noc Miłości, nie tylko do ukochanych, ale do wszelkiego stworzenia.

Dziady

Noc z 31 października na 1 listopada to czas, w którym symbolicznie przyroda zapada w sen, a ludzie wraz z nią. Dlatego w kalendarzu Słowian (ale i Celtów, Bałtów, Nordyków itp.) jest nocą, połączenia Jawi z Nawią i połączenia się ze zmarłymi przodkami. Jest to czas, kiedy po sezonie prac rolnych „oddaje się ziemię w we władanie duchów”. Dziady w przeciwieństwie do hucznych świąt były czasem spokoju i przemyśleń życiowych, Duchy przodków w zamian za pamięć, doradzały i uczyły ludzi. Rozpalano wówczas ogień na grobach, w domach i na rozstajach dróg, co było symbolicznym oświetleniem duchów Nawii. Dziady były świętem spokoju i jak gdyby przygotowania na okres nocy i stagnacji w naturze.

To tylko parę przykładów świąt Prasłowian, które łączyły naszych przodków z duchową całością. Powszechnie wiadomo, że Słowianie byli bardzo zżyci z naturą. Jeśli uświadomimy sobie, że nasi pradziadowie obchodzili swoje święta w momentach astronomicznych takich jak przesilenia, równonoce, pełnie i zaćmienia i dodamy to tego uprawę roli w zgodzie z cyklami lunarnymi, dojedziemy do wniosku, że Słowianie mieli nieprzeciętną wiedzę astronomiczną. Jestem przekonany, że przedchrześcijańscy Słowianie nie byli jedynie „bandą dzikich pogan”, jak ogólnie się przyjęło, lecz byli silnym ludem, mądrym ludem z bogatą kulturą.


Powrót jedności z naturą

Choć przez dobrych kilkaset lat ogół społeczeństwa żył w przekonaniu, że eksploatacja przyrody, bez jakiegokolwiek sumienia i kreatywnego myślenia, jest w porządku, a oddawanie szacunku naturze jest tylko przeżytkiem dawnych pogańskich kultów, w ostatnich latach widać wyraźną zmianę. Zmiana ta jest widoczna w nowych ruchach duchowych, wśród alternatywnych naukowców, czy po prostu w świadomości zwykłych ludzi. Dla jasności daleko mi do tak zwanej „zielonej ideologii” czy działań „ostatniego pokolenia”. Nie mówię też, że od razu powinniśmy wracać do tradycji sprzed tysięcy lat i oddawać cześć duchom. Nawołuję po prostu do zwyczajnego szacunku dla natury. Spojrzawszy w przeszłość, widzimy, że życie w zgodzie z przyrodą działało przez wieki. Tymi kilkoma spostrzeżeniami chciałem dowieść, że gdy ludzkość zapomniała o jedności z wszechświatem, po kilkuset latach znalazła się na skraju załamania gospodarczo-kulturowego. To nie przypadek. Szanujmy Matkę Ziemię, bo to dzięki niej żyjemy. Nie faszerujmy jej wód, ziem i powietrza tonami trujących chemikaliów. Nie wycinajmy masowo jej lasów. Nie oddając szacunku Ziemi, nie szanujemy samych siebie…
Sława!


Karol Powała


Social media vs. lektury - Co ma większy wpływ na nasze pokolenia?

Cykl „Przemyślenia ze szkolnej ławki”


Żyjemy bez wątpienia w czasach, w których literatura jako taka wycofała się na któryś z kolei plan, jeśli chodzi o kulturę i rozrywkę. Dziś głównym elementem rozrywki dla młodych ludzi są seriale, filmy czy gry komputerowe, ale nawet one ustępują social mediom. Media społecznościowe mocno zakorzeniły się w rzeczywistości ludzi, w szczególności młodych. Wrzucenie przykładowo relacji na Instagrama czy wysłanie „Snapa” stało się tak samo normalną czynnością, jak zjedzenie śniadania. Przez jakiś ciekawy mechanizm ludzie nieustannie chcą dzielić się tym co akurat robią czy wiedzieć dokładnie co robią inni. Konta popularnych influencerów stały się wyznacznikiem mody, stylu, zwyczajów czy nawet sposobu życia i moralności. Niezwykle często słyszy się, że ktoś coś kupił, zrobił zdjęcie czy nagrał filmik wzorując się na tak zwanych trendach. W szerszym kontekście można powiedzieć, że media przejęły rolę, którą w przeszłości pełniło słowo pisane.

W przeszłości utwory polskich wieszczów narodowych kreowały nastroje polityczne, wzmacniały tożsamość narodową, inspirowały do podjęcia walki czy kreowały mity polskie, które na wieki utrwaliły się w świadomości Polaków. Literatura w czasach zaborów pomagała Polakom przetrwać ten czas nie tracąc swej świadomości i ducha patriotyzmu. Utwory te wywarły taki wpływ na społeczeństwo, że wiele pokoleń później są one lekturami obowiązkowymi w szkołach.

Jednak jak wiadomo dzisiaj chodź dostęp do książek jest niemalże nieograniczony, procent czytających książki, a w szczególności lektury jest niewielki. Jak podaje blog Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego, około 30% uczniów szkół średnich czyta lektury. Powodów takie stanu rzeczy może być kilka, jednakże niewątpliwie jednym z nich jest „tsunami informacyjne”, które zalewa nas ze wszystkich stron. Mamy mnóstwo możliwości pochłaniania informacji, o wiele prostszych w odbiorze niż trudne klasyki literatury. Zwyczajnie łatwiej jest nam wysłuchać podcast czy obejrzeć serial niż przeczytać epopeję narodową.
Jednocześnie wielkie dzieła narodowe stały się częścią naszego życia i kultury nasze kraju. Dzieła dawnych pisarzy ukształtowały naszą tożsamość, świadomość narodową lub romantyczny patriotyzm i ducha walki. Każdy Polak, nawet nie czytając lektur i nie znając ich treść, podświadomie wyznaje zawarte w nich przekazy.

Media społecznościowe, choć „rozgościły” się w naszym życiu nie mają takiej siły jak wielkie dzieła literackie. Pomimo przeważającej ilości informacji z social mediów nie są one tak silne i trwałe. Bez wątpienia kształtują pewne nastroje, lecz wydaje się, że nie mają takiej „siły przebicia” do naszych serc. Nie zapominajmy też, że dostęp do mediów mamy nieporównywalnie krócej niż do lektur, tak więc nie wiemy jakie konsekwencje przyniosą kolejne lata, oraz w jakim stopniu zwiększy się ich wpływ na społeczeństwo. Dziś pomimo ogromnego wpływu, niknie on przy echu, jakie rozbrzmiewa w duszach Polaków dzięki przekazom z dzieł narodowych. Mimo wszystko nie zapominajmy o dziedzictwie naszych literatów, brońmy naszych lektur i naszych wartości, a nade – czytajmy książki.

Karol Powała

Duma naszej szkoły - Emilie Grüner

9 września 2025 r. odbyło się wręczenie nagród dla wyróżniających się uczniów szkół ponadpodstawowych, których organem prowadzącym jest Powiat Raciborski.

Naszą szkołę dumnie reprezentowało ośmioro laureatów, zarówno uczniów liceum ogólnokształcącego, jak i liceum sztuk plastycznych. Tym wywiadem rozpoczynamy cykl krótkich rozmów ze zdobywcami nagrody Starosty Powiatu Raciborskiego.

Dzisiaj w wywiadzie dla Ad operam! z Emilie Grüner uczennicą klasy 4J rozmawia Karol Powała.

K.P: Witaj Emilie. Na wstępie w imieniu swoim i naszej redakcji chciałbym Ci serdecznie pogratulować wyników. Jako że mamy końcówkę września, muszę zapytać o aklimatyzację w nowym roku szkolnym?

E.G: Cześć. Jestem w klasie maturalnej, więc siłą rzeczy czuję więcej stresu niż w poprzednich latach, ale jestem też dobrej myśli.

K.P: Czynisz już jakieś przygotowania do matury?

E.G: Uczę się na bieżąco, ale większość informacji zostaje mi w głowie dzięki powtórkom, które robimy na lekcjach.

K.P: Jesteś laureatką nagrody Starosty Powiatu Raciborskiego, zdobywałaś wcześniej podobne wyróżnienia?

E.G Nagroda Starosty była dla mnie miłym zaskoczeniem, nigdy wcześniej nie otrzymałam tego wyróżnienia. Natomiast od kilku lat otrzymuję nagrodę imienia Johanna Krolla, która jest rodzajem stypendium dla szczególnie uzdolnionych uczniów. Oprócz tego biorę udział w licznych konkursach, w których również udaje mi się zdobywać nagrody.

K.P: A więc nagroda Starosty Powiatu Raciborskiego nie była dla Ciebie celem w samym sobie?

E.G: Nie, była dla mnie zupełną niespodzianką.

K.P: Jak udaje Ci się osiągnąć tak imponujące wyniki w nauce?

E.G: Myślę, że najważniejsza jest systematyczność, ale prawdę mówiąc, jeśli uważa się na lekcjach, nie trzeba poświęcać wiele czasu na naukę w domu, wtedy mam czas dla siebie i na realizację moich pasji.

K.P: Skąd czerpiesz motywację do pracy? Niejeden z nas z pewnością chciałby poznać tajniki tej

sprawczości.

E.G: Dla mnie motywacją jest głównie satysfakcja z własnego rozwoju oraz fakt, że praca jest nagradzana.

K.P: Czy poza samą satysfakcją czy wyżej wspomnianym stypendium, masz inne korzyści ze swoich osiągnięć?

E.G: Po pierwsze podczas rekrutacji na studia, łatwiej będzie mi się dostać na wybraną uczelnię, gdyż takie osiągnięcia są brane pod uwagę. Natomiast dzięki różnym konkursom, często udaje mi się zdobyć nawet nagrody pieniężne.

K.P: Chciałabyś na koniec dodać coś, a może przekazać naszym czytelnikom coś od siebie?

E.G: Moje doświadczenia pokazały mi, że choć nie zawsze bywa lekko, warto się uczyć i nigdy nie wolno poddawać się.

K.P: I tymi słowami zakończmy. Dziękuję Ci za rozmowę.

E.G: Dziękuję.

wtorek, 22 października 2024

Weronika Mojżesz [WIERSZE]

 

Weronika Mojżesz [WIERSZE]


Pewna para



Dwójka ich razem była

dwoje młodych ludzi

wyobcowanie - to ich łączyło

a relacja - to nieznajomi z dźwiękiem smugi


Ona optymizmem tworzyła dzieła

panoszyła się cicho przez przyszłości drogi

z decyzjami "do przodu" gdzie dusiła się pewność miękka

wierszowane na papierze prowadziła dialogi


On z poezją i niedopałkiem w rękach

stukał z żalem w pesymizmu mrok

kopał ze złością kości w ludzkich udrękach 

za to z radością w przeszłość robił krok


Ona nie wie, że on ją pamięta

on nie wie, że ona go rozpoznaje

cyprysowy wiąz miłości ukrywają nicości płaszczem, to udręka

a czas gorejący rozlewa tęsknoty wszystkie rodzaje




Perspektywa


I patrzysz oczami radości w ciepła blask wśród błękitu

na ziemi czystej, rozlanej spokojem z owocu dobra

gdy dawno spalił się strach w ciemności grafitu

a szczęście zielonymi liśćmi otworzył mlecznego świtu wrota


Zagrożenie się roztopiło, odkrywając parasole dusz

kwitnące lekko tętnice dobra rozpyliły pył do głów

wyjęte zostały kawałki szkła i wysechł czarny tusz

a miłość posadziła drzewa pachnące empatią dla dwóch




Jednak spokój kruszy się pod szkarłatnym wspomnieniem

gdy tragedia wojny dzierga szkice żołnierzy martwych.

Przed oczami staje widok ciał dotkniętych kuli zmiękczeniem

i czaszki pęknięte toczą się na pole walki wokół gniewu i broni krwawych


Źrenice nasze spoglądają w ten sam punkt

co niegdyś poranione traumą oczy

biegnąc szlakiem ucieczki w stronę miejsca nadziei

mając nad głową powietrze duszące i dym mroczny


Weronika Mojżesz, fot. ze zbioru prywatnego





środa, 9 października 2024

Vanessa Kapłanek [WIERSZE O STRACIE]

Vanessa Kapłanek [WIERSZE O STRACIE]


Brak pożegnania


Płacząc nad twym grobem

Jedno pytanie

„Dlaczego tak szybko?”

Nie zasłużyłam na to, nie teraz

Nie


Mogłaś to zrobić leżąc w szpitalu 

Umierając po trochu dzień po dniu

Nie obchodzi mnie twoje cierpienie

Nie obchodziłoby mnie twoje cierpienie

jestem egoistką


mogłabym krzyczeć, wyzywać, 

wyrywać sobie włosy z głowy, targnąć się na własne życie

To nic nie da,

nic

bo Cię nie ma

Chciałam Ci tylko powiedzieć…


jestem żałosna 

ja - człowiek bez wiary

składam ręce do modlitwy, bo tylko w ten sposób powiem słowa,

które duszą mnie w nocy

Pa, będę tęsknić 



Dla Jakuba


Ledwie się znaliśmy, 

ale mówiliśmy sobie „cześć”.

Głupie „cześć”

to wystarczyło, bym o Tobie myślała.

Gdy mijam twój dom, dzień w dzień.

Nie mieliśmy kontaktu przez trzy lata.

I już nie będziemy mieć.


Wciąż pamiętam, jak nauczyciele mówili, że będziemy mieć swoje dzieci, 

a potem wnuki, w przyszłości.

Ty nie będziesz ich mieć…

Gdy wszyscy wokół będą się starzeć,

Ty pozostaniesz na zawsze młody.


Niby Cię nie ma,

a jednak jesteś żywy.

W pamięci, we wspomnieniach, na zdjęciach.

Ciągle Cię widzę jak wchodzisz do autobusu.

Śmierdzisz papierosami, alkoholem, może trawką.

Nie wiesz jeszcze, że to Cię…

Byłeś taki młody

Ledwie się znaliśmy, 

ale mówiliśmy sobie „cześć”.

Głupie „cześć”.

To wystarczyło.

Vanessa Kapłanek, fot. ze zbioru prywatnego 



poniedziałek, 2 października 2023

Japońska wiśnia [NOWA POWIEŚĆ]

Japońska wiśnia [debiutancka powieść]


Freiozofia


„Wyobraźnię mam jak dzieci, ale mój charakter tworzył chyba Lucyfer” – odważnie zagaiła w auli spotkanie autorskie Ewa Kacprowicz, tegoroczna absolwentka I LO w Raciborzu. Promowała swą debiutancką powieść pt. „Japońska wiśnia”.


W moc wyobraźni Ewy nie sposób wątpić.

Akcja jej powieści toczy się w alternatywnej rzeczywistości. Działa w niej bezwzględna mafia, która podpisuje się alfabetem koreańskim, jej członkowie nazywają się z angielska lub anglopodobnie, w ich świecie dużą rolę odgrywają mity nordyckie, a w tytule stoi japońska wiśnia.

Główna bohaterka powieści ma na imię Freia. Drobna, czarnowłosa, wytatuowana, ma lat 18. Uwielbia lizaki truskawkowe. Ma naturę wrażliwego dziecka i duszę poetki. Przeistoczy się jednak w szefową mafii i mroczną femme fatale. Jej atrybutami będą: kij bejsbolowy i noże ukryte pod spódnicą. Czy oschła, sarkastyczna egoistka o nieprzeciętnej inteligencji odpowie na zabiegi Lukasa, który pragnie jej miłości? Jak Freia rozwiąże dylemat: rewolucja czy więzienie? Powieść Ewy Kacprowicz to – w zapowiedzi – kompletne studium Frei, czyli freiozofia. 

Obszerna powieść Ewy Kacprowicz łączy wątek romansowy z wątkami sensacyjnym i przygodowym, a nawet - thrillera politycznego.

Powieść dostępna na www.wisniowy-sklepik.pl


Fot. Ewa Kacprowicz



Caeruleum [PROZA JANKI]

 

JANKA


„Caeruleum”


*


    – Aslan! – krzyknął Mars, rzucając maskotkę w stronę jasnowłosego przyjaciela,

jednocześnie unikając ciosu pięścią ogra. Pluszowy niedźwiadek przeleciał nad głowami bijących się, trafił prosto w twarz Aslana i zaczął spadać ku błotnistej ziemi. Stojący za jego plecami Cecil złapał go swoją magią, używając jednej ręki, zaś drugą wytrącił ogrowi pień wyrwanego z ziemi drzewa.

    – Bierz to! – powiedział głośno, zwracając się do blondyna za swoimi plecami. Ten wziął maskotkę, schował pod ubraniem i rozejrzał się po polu walki. 

    Znajdowali się na polanie, którą jeszcze przed dwiema godzinami pokrywała trawa i kwiaty. Teraz to miejsce przypominało bardziej bagno niż cokolwiek innego, głównie przez padający siarczysty deszcz. Grunt zapadał się pod nogami grupy, utrudniając jej wykonanie zlecenia. W pewnym momencie Aslan dostrzegł, jak jedna z jego towarzyszek upada. Już miał rzucić się na pomoc, lecz inna osoba go wyprzedziła. Była to Thea - wysoka, szczupła kobieta z czarnymi, sięgającymi równo do ramion włosami. Złapała swoją koleżankę w locie, postawiła ją na nogi i ruszyła dalej do walki. Lily-Rose, która przed chwilą straciła równowagę, poprawiła swoje ubłocone, długie, blond włosy, strzepnęła błoto ze swojej pudroworóżowej sukni, a dopiero później wzięła swoją broń do ręki i chwiejnym krokiem ruszyła do walki.

    W tym samym czasie Cecil powalił trzy ogry na raz. Bez żadnego problemu. Na

jego kręcone, czarne włosy kapała brunatna, ogrza krew, ale nie było to dla niego istotne w tamtym momencie. Kolejny ogr biegł prosto na stojącego tyłem Marsa. Czarnowłosy wykonał szybki ruch rękoma i niebieskie płomienie wystrzeliły w kierunku potwora, wnikając w jego ciało i rozsadzając je od środka. Łucznik natychmiast odwrócił się w stronę źródła wybuchu. Z ulgą w swoich zielonych oczach posłał delikatny uśmiech w stronę swojego wybawcy, jednocześnie wyciągając strzałę z "Nieskołczanu". Wycelował w następnego przeciwnika, wypuścił strzałę i trafił go prosto w serce. Trafienie godne najlepszego łucznika w Easal. Jego krótkie, falowane, rude włosy skakały na wietrze, kiedy Mars biegł przez pole walki, aby znaleźć lepsze miejsce do obserwacji terenu. Wspiął się na jedno z nielicznych drzew, co nie było zbyt mądrym pomysłem. Ale czy była inna opcja? Otóż nie.

    W pewnym momencie przez polanę rozniósł się krzyk Aslana:

    – Mamy to!

    Wszyscy, jak na znak, kończyli walczyć i zaczęli zbiegać się w jedno miejsce. Pięć osób ustawiło się plecami do siebie, aby obronić grupę. Ogry nacierały na nią ze wszystkich stron. Thea poprawiła chwyt na ostrzu. Mars wziął trzy strzały na raz i naciągnął cięciwę. Lily-Rose wygładziła suknię. Aslan głębiej schował maskotkę i wyciągnął miecz. Cecil stanął pewnie, a jego niebieskie oczy pociemniały. Potwory były coraz bliżej, a kiedy znalazły się tuż obok, wszyscy Zleceniowcy jednocześnie zaatakowali. Polanę zalały niebieskie płomienie, w powietrzu latały strzały. W ciągu niecałych dziesięciu sekund okolica była pełna leżących potworów.

Zlecenie wykonane.


**


    Grupa chwiejnym krokiem weszła do zamku królestwa Polemos. Wszyscy byli niesamowicie zmęczeni po ciężkiej walce. Aslan niósł w ręce pluszowego niedźwiadka, od którego zaczęło się całe zlecenie. Jedyne, co zostało do zamknięcia sprawy, to odebrać zapłatę. Obiecano im dwadzieścia tysięcy orów, co starczy na jedzenie przez tydzień.

    Idąc przez korytarze budynku, można było dostrzec ściany pełne obrazów, które jednak nie przedstawiały żadnych ludzi, nawet nie samego Króla. Na każdym z nich był inny pejzaż: raz łąka, raz kawałek lasu, a innym razem pola. Książę nigdy nie rozumiał, dlaczego jego ojciec udekorował korytarze w ten sposób. Niejednokrotnie pytał o to, jednakże zawsze kończyło się to słowami: "Zrozumiesz, kiedy będziesz starszy, Aslanie".

    Po wejściu do wskazanej przez służbę komnaty, Aslan w końcu zobaczył ojca - siedział przy stole i zajadał się pączkami z marmoladą, na co chłopak wywrócił oczami. Grupa zrzuciła broń na podłogę i opadła na wolne krzesła, częstując się słodyczami.

    – Oooo... Witajcie Aslanie z kolegami! – powitał ich wesoło Król Alvize, biorąc następnego pączka do ust. - Co tym razem? 

Aslan westchnął głośno.

    – Nic takiego. Tylko ten.. – położył maskotkę na stole – ... pluszak. Król przez moment powstrzymał się od jedzenia i popatrzył po przybyszach, unosząc brwi ze zdziwienia.

    – Upadliście naprawdę nisko, a myślałem, że niżej się nie dało po ostatniej akcji – rzucił sarkastycznie mężczyzna i wrócił do jedzenia.

    – Odzyskanie tego obrazu też było ważne, ojcze – odpowiedział Aslan, rozglądając się po pomieszczeniu. Dostrzegł, że jeden z jego towarzyszy jest niesamowicie blady i leży na stole. - Mars, jesteś wyjątkowo blady. Na pewno nic ci nie jest?

Po usłyszeniu tych słów, wszyscy zwrócili się z zaniepokojeniem na twarzach w stronę ich rudowłosego przyjaciela.

    – Dlaczego jest tutaj tak ciemno? – wyszeptał.

    Grupa, jak na zawołanie wstała, podniosła chłopaka i położyła na kanapie znajdującej się w kącie pomieszczenia.

    Cecil szybko ściągnął Marsowi okrycie wierzchnie, w tym zbroję, następnie ułożył go w wygodnej dla niego pozycji półsiedzącej, z głową opartą o stos poduszek. W tym samym czasie Aslan przyniósł dwie zwinięte, materiałowe ścierki wypełnione lodem i przyłożył je kolejno do czoła i karku leżącego. Cecil przykucnął przy kanapie, złapał Marsa za bezwładną rękę.

    – Stracił przytomność – powiedział półgłosem Cecil.

Na te słowa Król przywołał służących machnięciem ręki, jednak kiedy spróbowali zbliżyć się do kanapy, Cecil uniemożliwił im to. Odwrócił się do nich i polecił przynieść bandaże, opatrunki oraz wiadro wody, zapewniając wszystkich zebranych dookoła, że zajmie się przyjacielem. Odchodząc, Aslan usłyszał, jak Cecil mruknął, pochylając się nad Marsem:

    – Pozwól mi się tobą zająć, proszę.

    Grupa wróciła do stołu. Nikt nie przejmował się nieprzytomnym Marsem, ponieważ zdarzało się to już wielokrotnie. Rudowłosy chorował na coraz częściej spotykaną przypadłość, na którą ciągle nie było żadnego leku - Subesse Conscientiam Syndrome. Nazwa choroby bierze się od pierwszych jej objawów, czyli tracenia przytomności bez żadnego ostrzeżenia. W pierwszym stadium nie jest ona taka groźna, aczkolwiek w Z fazach człowiek podczas ataku traci funkcje życiowe, a bez szybkiej pomocy - traci życie. Na szczęście Mars znajdował się w najwcześniejszym stadium choroby, więc jego przyjaciele mogli spokojnie kontynuować rozmowę.

    Król powrócił do zajadania się słodyczami i patrzył po siedzących przy stole gościach.

    – Jak to w końcu było z tą maskotką? – dociekał z pełnymi ustami, marszcząc brwi.

    – Po jaki kij przez dwie godziny walczyliście z ogrami o maskotkę? Aslan westchnął.

    – Dwadzieścia tysięcy, ojcze.

    – Gowuu drogi, wszystko jasne! – uśmiechnięty Alvize pokręcił głową z uznaniem.

    – Córka księżnej Uccellos... – na wzmiankę o kobiecie Cecil, siedzący przy kanapie w rogu, przewrócił oczami – ... zgubiła pluszaka na drodze między Pałacem Zenzero a granicą z Easal, a po kilku dniach okazało się, że zabrały go ogry, więc zgłosiła się do Cecila. – wyjaśnił Aslan.

    – Jakbym jeszcze słuchał rympolenia tej kobiety... – wymamrotał Cecil pod nosem.

    – To wszystko wina Aslana, to on się zgodził.

Władca popatrzył na swojego syna wyczekująco, nawet zaprzestał jedzenia na krótką chwilę. Książę odpowiedział ojcu skinieniem głowy i delikatnym, ledwie dostrzegalnym na ustach uśmiechem, kiedy nagle Lily-Rose podniosła się z krzesła. Zdegustowanym wzrokiem popatrzyła na swoją suknię, mówiąc:

    – Potrzebuję zażyć kąpieli. Natychmiast.

    Jedna ze służek podbiegła do panienki, wzięła ją pod ramię i wyszła z nią z pomieszczenia w stronę łaźni królewskich, na co Thea uniosła dłonie i szybko wymigała swoją opinię: "Tragiczne, że jej różowa suknia numer pięćdziesiąt trzy ubrudziła się." 

    Król Alvize prychnął pod nosem, jednak szybko zamaskował swoje rozbawienie, widząc karcący wzrok swojego syna.

    – Nie przesadzaj, Thea. Musisz być zawsze taka sarkastyczna? – skwitował książę, unosząc brwi. Czarnowłosa kobieta uśmiechnęła się i dumnie odmigała: "Ja? Sarkastyczna? Nigdy!"

    W tym samym czasie po drugiej stronie pokoju Cecil czuwał nad nieprzytomnym Marsem, ciągle trzymając go za bezwładną dłoń. Z każdym uniesieniem się jego klatki piersiowej Cecil obserwował spokojny oddech chłopaka. Niebieskie oczy czarownika wędrowały po bladej, piegowatej twarzy, doszukując się jakichkolwiek znaków wybudzania się. W pewnym momencie dostrzegł, jak powieki rudowłosego powoli podnoszą się, oczy przyzwyczajają się do jasności panującej w pomieszczeniu, a na ustach pojawia się grymas po uświadomieniu sobie, co się dokładnie stało.

    – Dlaczego akurat mnie się to ciągle zdarza? – zapytał Mars zachrypniętym głosem. Cecil obserwował, jak do jego oczu zaczynają napływać łzy, a następnie przysunął się bliżej Marsa i objął go ramieniem.

    – Nie obchodzi mnie to, czy mówię egoistycznie. Ja po prostu mam dość, wiesz Cecil?

    Czarnowłosy otarł łzy z policzków Marsa i wyszeptał:

    – Jesteś wspaniałym człowiekiem Mars. Nie tylko łucznikiem czy przyjacielem. Jesteś naprawdę niesamowity, ale przede wszystkim jesteś silny. Dasz sobie radę, nie jeden, nie dwa razy. Za każdym razem będzie coraz lepiej. Mars wtulił się w swojego przyjaciela. Cicho popłakiwał na jego ramieniu, nie przejmując się rozmowami po drugiej stronie pokoju.

    – Zostaniesz jeszcze chwilę?

    – Zawsze.


***


    Kilka godzin później, kiedy wszyscy lokatorzy zasnęli w swoich komnatach, Cecil wymknął się z placu zamkowego. Jego kroki były niesłyszalne, straże nawet nie odwróciły się w jego stronę. Po przekroczeniu murów, zaczął biec przez gęsty, iglasty las, nie oglądając się za siebie. W pewnym momencie zwolnił tempo, a chwilę później zatrzymał się przy jednym z drzew. Kucnął przy korzeniach rośliny, a jego oczy oślepił błękitny blask światła. Zbliżył rękę do świecącego przedmiotu, gdy nagle usłyszał trzepot skrzydeł. Wróżki!

    Cecil natychmiast rzucił na siebie czar. Stał bez ruchu, licząc, że stworzonka nabiorą się na tę sztuczkę. Kiedy po przeszukaniu terenu wróżki nic nie znalazły, odetchnął z ulgą. Zaledwie chwilę później jego źrenice poszerzyły się i Cecil uświadomił sobie, jak duży błąd popełnił. Usłyszały go! Rzucił się do ucieczki.

    Znowu biegł przez las tą samą ścieżką, jednak trzy razy szybciej i z setką wróżek za plecami. Jednakże ciągle miał w oczach błękitny, świecący kamień, który znalazł. Caeruleum. Był to kamień, o którym wiedzieli wszyscy w całej Krainie. Według legend, zażycie jego sproszkowanej postaci działało na każdą chorobę, ale można go było znaleźć tylko w jednym miejscu. Tylko co kamień z Uccellos, jego domu, odizolowanego królestwa, robiłby w środku lasu na drugim końcu Krainy? Czy to pułapka? Czy Cani nadal go szukają? Przecież podobno cena za jego głowę drastycznie spadła, więc komu by się opłacało na niego polować? Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym, musiał jak najszybciej wrócić do zamku i powiadomić resztę o swoim znalezisku.

    Biegł przez las tak szybko, że sam nie wiedział, że tak potrafi. Przeskakiwał przez przewrócone drzewa i gałęzie i nie zwalniał tempa nawet na moment. Po kilku minutach wyczerpującego biegu dotarł do murów. Całość zamku otaczał czar, chroniący go przed Zmorakami, więc po przekroczeniu bramy Cecil był bezpieczny i mógł przez moment odsapnąć. Zrobił kilka głębokich oddechów i ruszył w stronę komnaty Aslana. Pomimo ciemności panujących w pałacu trafił do właściwych drzwi bez problemu. Nienawidził tego. Zdradzało to jego powiązanie z tym miejscem.

    Zapukał głośno, aby obudzić księcia, a następnie odsunął się od wielkich, hebanowych drzwi. Usłyszał szuranie obuwia o podłogę, przekręcanie zamka, a następnie ujrzał zaspanego Aslana w progu.

    – Świat się kończy, czy płatki owsiane? – zapytał blondyn, ziewając. 

Cecil przewrócił oczami i wyszeptał:

    – Znalazłem Caeruleum.

    Momentalnie księciu odechciało się spać. Wrócił do komnaty po szlafrok i kazał zawołać resztę grupy. Pobiegł obudzić Lily-Rose oraz Theę. Cecil stwierdził, że nie będzie budził Marsa, aby dać mu czas na odpoczynek po ataku choroby, więc poszedł prosto do czytelni, gdzie zawsze spotykali się grupą, aby omówić najważniejsze sprawy.

    Kilka minut później Zleceniowcy zebrali się w pałacowej czytelni. Zajęli swoje stałe miejsca i wyczekiwali na wyjaśnienia, dlaczego zostali obudzeni w środku nocy. Cecil wszedł do pomieszczenia jako ostatni, zamknął za sobą cicho drzwi i oparł się o fotel, na którym siedziała Thea. Wziął głęboki wdech, aby zaraz potem opowiedzieć swoim towarzyszom o tym, jak wyszedł z zamku i znalazł świecący kamień oraz jak goniły go wróżki. W pomieszczeniu zapadła cisza. Wszyscy gorączkowo zastanawiali się, co mogą zrobić w takiej sytuacji. Przecież nie co dzień znajduje się kamień z kraju, do którego nie ma wstępu.

    – Myślę, że powinniśmy wziąć ten kamień z lasu – zabrał głos Aslan.

Może wpaść w niepowołane ręce i zakończy się to katastrofą.

    – Z całym szacunkiem, którego dla ciebie nie mam Aslanie – dodał czarownik, prostując się i krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej – kamień może być dla nas także zagrożeniem. Nie tylko bajki chodzą po tym świecie!

    – Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie możemy ryzykować zignorowaniem potencjalnego nowego odkrycia! – zdenerwował się blondyn, podnosząc głos. Poruszył go brak chęci działania ze strony wspólnika.

    – Zanieśmy go do laboratorium, może Frega coś wymyśli.

    Thea wzruszyła ramionami i stwierdziła, że nie jest to taki zły pomysł. Aslan skierował wzrok w stronę ostatniej osoby w pokoju, która nie zabrała głosu. Niestety, spotkał się z rozczarowaniem, ponieważ Lily-Rose zasnęła na kanapie. Westchnął i ruszył, aby ją obudzić, po czym zadał jej pytanie, co sądzi o tej sytuacji, na co odpowiedziała krótko:

    – Hmm... A jak bardzo świecił?

    – Podobno był oślepiający... – rzucił ktoś.

    – W takim razie pragnę zobaczyć go na własne oczy, najlepiej przetransportować go do laboratorium. – stwierdziła Lly-Rose.

    Jako że w grupie podejmowano decyzje demokratycznie, następnego ranka Zleceniowcy wyruszyli do lasu, aby zabrać kamień. Tym razem Mars poszedł razem z nimi. Cała piątka była uzbrojona i nad wyraz czujna. W każdej chwili wróżki mogły wrócić i wygonić ich z lasu.

    W końcu Zleceniowcy odnaleźli Caeruleum, który ciągle błyszczał tak jasno, jak Cecil to zapamiętał. Książę wziął kamień w szczypce i wsadził go do grubego, skórzanego worka. Reszta wspólników osłaniała tyły. Akcja przebiegła szybko i bezpiecznie, a po dwóch godzinach wędrówki przez las i lód wszyscy byli w laboratorium krainy Glaciar. Całe szczęście, że pomieszczenia były ogrzewane, bo przy tak niskiej temperaturze na zewnątrz trudno byłoby nie zamarznąć. Kraina Thei słynęła z rekordowych opadów śniegu i gradu oraz olbrzymich lodowców. Nikt przy zdrowych zmysłach nie szedłby przez lodową pustynię po to, aby dostarczyć świecący kamień do laboratorium Fregi. Była ona średniego wzrostu albinoską o oczach z czerwonymi tęczówkami, a jej długie, falowane włosy zawsze uczesane były w warkocz sięgający aż do bioder. Frega nosiła długi, biały kitel lekarski oraz czarne rękawiczki. Kiedy zauważyła przybyszy, od razu przerwała pracę.

    – Co was do mnie dzisiaj sprowadza, droga młodzieży? – przywitała dości z uśmiechem. Wspólnicy lubili wracać do laboratorium z dwóch powodów: Frega była niesamowicie serdeczna, a poza tym niesłychanie pomocna.

    – Możemy porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu, pani profesor? – zapytał szeptem Aslan. Bał się, że któryś z pracowników mógłby chcieć zabrać Zleceniowcom legendarny kamień. Frega kiwnęła głową, następnie zabrała ich do swojego gabinetu. Zamknęła drzwi na zamek i oczekiwała wyjaśnień. Książę wyciągnął kamień z torby, a na jego widok źrenice Fregi rozszerzyły się. Była w szoku. Każdy miał w głowie multum pytań, lecz żadnych odpowiedzi.

    – Mam go przebadać? – zapytała Frega, na co skinęli głowami jednocześnie.

    – Oczywiście w tajemnicy?

Ponowne skinięcie.

    – Dajcie mi tydzień.

W drodze do zamku Polemos Aslan wraz z Lily-Rose szli z przodu, a Cecil, Mars i Thea zamykali pochód. Wszyscy chętnie rozmawiali.

    – Czy nie uważasz, że Aslan ewidentnie coś ma do Lily? – rzucił Mars, a Cecil popatrzył na niego z rezygnacją wypisaną na twarzy.

    – No co? Przecież to widać! – bronił się Mars.

    Thea dodała, że faktycznie wyglądają, jakby coś między nimi iskrzyło. Nie codziennie widują uśmiechniętą Lily, dodatkowo w towarzystwie. Cecil wzruszył ramionami i wpatrywał się parę, która szła z przodu. Czy tak właśnie wygląda to potężne uczucie, o którym wszyscy mówią?

    – Czy dostanę bonusowe punkty, jeśli udam, że obchodzi mnie, co między nimi jest?


****


    Po kolejnych dwóch godzinach drogi powrotnej Zleceniowcy wrócili do swoich komnat i od razu poszli spać. Byli ogromnie zmęczeni drogą przez mroźną pustynię lodową. Następnego ranka wstali wcześnie i każdy zajął się swoimi sprawami, wyczekując na wiadomość od Fregi. Nie potrafili jednak w pełni oddać się swoim zajęciom, byli zbyt zestresowani wynikami badań. Tak więc przez cały następny tydzień tylko wstawali, jedli, zajmowali się mało ważnymi rzeczami i spali. Ósmego dnia dostali wiadomość od profesor, że wyniki są niesamowite i muszą jak najszybciej zjawić się w laboratorium. Jak tylko przekroczyli próg budynku, Frega zabrała ich do gabinetu i wyciągnęła papiery przedstawiające wyniki badań.

    Cecil wziął je do ręki i zaczął analizować.

    – Nie wiem, czy uda mi się to zrealizować ani w jakim czasie. Musiałabym rozszczepić kamień na wielkość neutronów i wczepić drobinki w protony Linum, co może zająć miesiące, a nawet lata. Ale jest to wykonalne – powiedziała Frega na jednym wdechu. Była jednocześnie przerażona i podekscytowana.

    – Chwila, o co chodzi, Cecil? – dociekał Mars. Czarownik oderwał wzrok od kartek i popatrzył po zgromadzonych. W jego oczach widać było niedowierzanie.

    – Caeruleum zawiera cząsteczki, które mogą wyleczyć chorobę Marsa.


fot. Oliwia Zgórska